Aktualny konflikt na Bliskim Wschodzie – wojna Stanów Zjednoczonych i Izraela przeciwko Iranowi – skupia uwagę ekspertów od wojskowości i geopolityki. Chciałbym jednak spojrzeć na ten problem z nieco innej perspektywy: perspektywy komunikacyjnej, żeby nie powiedzieć marketingowej.
O sile każdej marki decyduje jej wiarygodność – coś, co w marketingu określa się mianem reason to believe, czyli powodu, dla którego wierzymy w daną markę. Kupujemy jakiś produkt, ponieważ jest produktem tej, a nie innej firmy. Mamy zaufanie do określonej marki i zakładamy, że skoro na przykład firma jest szwajcarska i produkuje zegarki, to możemy oczekiwać wysokiej jakości (nie rozstrzygam teraz, czy faktycznie tak jest, bo istotny jest sam mechanizm wiarygodności).
Mechanizm ten nie dotyczy wyłącznie marketingu. Charakteryzuje on ogólnie relacje międzyludzkie. Nawet Chrystus był wiarygodny nie dlatego, że mówił o sobie jako o kimś szczególnym, lecz dlatego, że dokonywał szczególnych czynów. To właśnie one składają się na katalog cudów – uzdrawianie chorych czy przywracanie życia zmarłym. Innymi słowy, jego wiarygodność nie wynikała z deklaracji, lecz z działania.
Podobnie jest w przypadku państw. Rola Stanów Zjednoczonych w świecie – ich „marka” – również opiera się na wiarygodności. Do tej pory była ona w dużej mierze nienaruszona. Z pewnością poważnym ciosem dla tej wiarygodności byłoby zniszczenie jednego z amerykańskich lotniskowców. W takim wypadku ucierpiałaby symboliczna siła Stanów Zjednoczonych.
W moim odczuciu jednak nie ma większego znaczenia, czy któryś z tych okrętów zostanie zatopiony. Mogą one nadal spokojnie pływać po oceanach, a mimo to marka Stanów Zjednoczonych zacznie tonąć. Dlaczego? Ponieważ wraz z rozpoczęciem tego konfliktu o pomoc do Stanów Zjednoczonych zwróciły się państwa związane z nimi sojuszami – Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt, Katar i inne kraje regionu. I co się okazuje? Amerykanie nie są w stanie zapewnić im realnej ochrony – a w wielu przypadkach nawet jej nie oferują.
Co więcej, Stany Zjednoczone przenoszą część swoich zasobów wojskowych z innych regionów świata na Bliski Wschód. Przykładem może być choćby wycofywanie systemów rakietowych z Korei. W efekcie pojawia się wrażenie, że Ameryka nie tylko nie dysponuje wystarczającą siłą, aby chronić wszystkich swoich sojuszników, lecz także że USA nie jest skłonna do tego działania.
Konsekwencje mogą być poważne. Nawet jeśli wojna na Bliskim Wschodzie zakończy się jakimś porozumieniem pokojowym – które każda ze stron ogłosi swoim zwycięstwem – to strata, jaką Stany Zjednoczone poniosą w sferze symbolicznej, może okazać się trwała. Będzie nią utrata wiarygodności.
Bliski Wschód nie będzie już taki sam jak wcześniej. W moim przekonaniu również pozycja „marki” Stanów Zjednoczonych w światowym systemie zacznie słabnąć. Nawet jeśli nie przełoży się to natychmiast na otwarty konflikt czy bezpośredni atak na Amerykę, zmieni się system sojuszy.
A to oznacza jedno: Stany Zjednoczone mogą przestać być postrzegane jako wiarygodny partner. Mogą utracić to, co w marketingu nazywa się reason to believe – powód, dla którego inni jeszcze im wierzą – Jak czyni to część polskiej klasy politycznej, uzależniająca bezpieczeństwo kraju od sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Choć – na marginesie dodam – w moim przekonaniu jest to wynik nie przemyślanej strategii, lecz raczej przejaw braku jakiegokolwiek pomysłu.
Jestem właśnie po pierwszej lekturze książki Emmanuela Todda „Klęska zachodu” („La Défaite de l’Occident”, 2024) i muszę przyznać, że mam mieszane uczucia. Spotkałem się z opiniami, że książka stanowi rodzaj prowokacyjnej analizy obecnej sytuacji geopolitycznej, w której autor wieszczy koniec dominacji świata zachodniego.
Jestem właśnie po pierwszej lekturze książki Emmanuela Todda „Klęska zachodu” („La Défaite de l’Occident”, 2024) i muszę przyznać, że mam mieszane uczucia. Spotkałem się z opiniami, że książka stanowi rodzaj prowokacyjnej analizy obecnej sytuacji geopolitycznej, w której autor wieszczy koniec dominacji świata zachodniego.
Nie jestem pewien, czy lektura tej książki bardziej mnie sprowokowała, czy zainspirowała. Niewątpliwie jest to jednak książka ważna i warta lektury, stanowiąca cenny głos w dyskusji na temat otaczającej nas rzeczywistości. Trudno odmówić także celności wielu spostrzeżeniom autora oraz wnioskom, do jakich dochodzi. W kilku miejscach książka budzi jednak moje wątpliwości co do trafności opisu faktów.
Todd, mówiąc o swoim zadaniu, powiada, że „moją rolą jako badacza nie jest ocenianie faktów, ale ich właściwa interpretacja socjologiczna” (Todd, 2024, s. 227). Jako filozof mógłbym zapytać, czy takie zadanie jest w ogóle możliwe do zrealizowania. Czy można oddzielić ocenę faktów od ich interpretacji? Czy interpretacja nie jest już sama w sobie pewną ich oceną? Pomijając jednak tę kwestię filozoficzną, uwagę zwracają wypowiedzi samego autora, który zdaje się nie tylko opisywać rzeczywistość, lecz także ją oceniać. Moją uwagę szczególnie przyciągają rozważania Todda dotyczące stosunku Zachodu do Rosji. Chwilami odnoszę wrażenie, że autor chce nas przekonać, iż nasze obawy przed Rosją mają charakter irracjonalny. Zastanawiam się jednak, czy obawy Europejczyków wobec Hitlera w czasie drugiej wojny światowej także miały charakter irracjonalny.
Nie chcę się jednak wdawać w polemikę – tym bardziej trudną, że autor nie może tutaj odpowiadać. Ograniczę się zatem do zreferowania książki, którą uważam za bardzo ciekawą i naprawdę wartą lektury.
1. Zmierzch potęgi USA i „stan zero” religii
Główną tezą Todda jest to, że fundamentem sukcesu Zachodu (zwłaszcza USA, Wielkiej Brytanii i Niemiec) był etos protestancki, który promował edukację i dyscyplinę pracy. Głównym motorem upadku Zachodu jest ostateczny zanik matrycy protestanckiej, która wcześniej napędzała rozwój. Autor twierdzi, że Protestantyzm umarł, co doprowadziło do powstania „stanu zero” religii. Skutkuje to zanikiem moralności zbiorowej, poczucia wspólnoty i logiki w działaniu elit, co Todd nazywa nihilizmem. Todd powiada: „Wyjaśniam, w jaki sposób „stan zerowy” religii protestanckiej – sekularyzacja w ostatecznym stadium – tłumaczy nie tylko załamanie amerykańskiej edukacji i przemysłu. Stan zerowy otwiera również pustkę metafizyczną”. „Protestantyzm, który w dużej mierze stanowił o sile gospodarczej Zachodu, umarł. Zjawisko to (…) okaże się (…) jedną z kluczowych, o ile nie najważniejszą, decydującą przyczyną obecnych globalnych zawirowań”. (TODD 2024: 16, 34)
Nihilizm jest definiowany przez Todda jako pęd do niszczenia oraz negowanie obiektywnej prawdy (np. w kwestiach biologicznych): „Nihilizm (…) ma dwa zasadnicze wymiary. Pierwszy (…) to wymiar fizyczny: popęd destrukcji rzeczy i ludzi. Drugi wymiar (…) wyraża się nieodpartym dążeniem do zniszczenia samego pojęcia prawdy, uniemożliwienia jakiegokolwiek rozsądnego opisu świata” (TODD 2024: 35–36). Todd przytacza następujący przykład: „Fakty są proste i dokonam szybkiego ich podsumowania. Genetyka wyklucza przemianę mężczyzny (chromosomy XY) w kobietę (chromosomy XX) i odwrotnie. Twierdzenie, że to możliwe, jest afirmacją fałszu – typowo nihilistycznym aktem intelektualnym. Jeśli ta potrzeba głoszenia nieprawdy, oddawania jej czci i narzucania społeczeństwu jako prawdy dominuje w określonej grupie społecznej (głównie w wyższych klasach średnich) oraz w jej mediach („New York Times”, „Washington Post”), mamy do czynienia z nihilistyczną religią.”. (TODD 2024: 227–228)
2. Słabość przemysłowa Zachodu
Todd zwraca uwagę na paradoks: mimo że PKB Zachodu jest wielokrotnie wyższe niż Rosji, to Zachód nie nadąża z produkcją broni (np. pocisków artyleryjskich) dla Ukrainy. Autor uważa, że zachodnie wskaźniki PKB są „fikcyjne”, ponieważ obejmują nadmuchane usługi (np. prawników, doradców), podczas gdy realna baza przemysłowa została przeniesiona do Azji. Wskazuje na braki w edukacji inżynieryjnej w USA i Wielkiej Brytanii w porównaniu z Rosją.
USA zatem przestały być państwem narodowym, przekształcając się w strukturę rządzoną przez grupę pozbawioną kultury, z gospodarką opartą na „fikcyjnym” PKB. Todd powiada: „…amerykański organizm państwowy (…) cierpi mimowolnie na tę samą chorobę, co [Europa]: zanik wspólnej kultury narodowej, podzielanej przez masy i klasy rządzące. (…) powstało imperium pozbawione centrum i celu, w istocie – organizm militarny, kierowany przez grupę pozbawioną kultury”. „…pokażę, jak dalece fikcyjny charakter ma ich PKB, obejmujący aktywności, co do których nie wiadomo, czy należy je uznać za bezużyteczne, czy też za nierzeczywiste”. (TODD 2024: 31, 49)
3. Rosja jako stabilne państwo narodowe
W przeciwieństwie do obrazu medialnego, Todd opisuje Rosję jako kraj, który po chaosie lat 90. odzyskał stabilność społeczną i gospodarczą. Twierdzi, że Rosja stała się konserwatywnym państwem narodowym, które nie dąży do podboju świata (z braku zasobów demograficznych), ale walczy o swoje bezpieczeństwo na granicach. Według autora, rosyjska gospodarka okazała się odporna na sankcje, co było wielkim zaskoczeniem dla Zachodu.
Wbrew zachodnim oczekiwaniom, Rosja pod rządami Putina odzyskała stabilność społeczną (spadek wskaźników zabójstw, samobójstw i śmiertelności niemowląt) oraz odporność gospodarczą na sankcje. Todd zauważa, że Rosja kształci znacznie więcej inżynierów niż USA, co daje jej przewagę w produkcji uzbrojenia. Todd wskazuje: „Roczna śmiertelność niemowląt zmniejszyła się z 19 na 1000 żywo urodzonych dzieci w 2000 roku do 4,4 w roku 2020 – poniżej poziomu notowanego w Stanach Zjednoczonych, wynoszącego 5,4 na 1000”. „Mimo takich różnic w wielkości populacji Rosja jest w stanie kształcić znacznie więcej inżynierów niż Stany Zjednoczone. (…) pozwoliło nam to zrozumieć, w jaki sposób rosyjski Dawid zdołał stawić czoła amerykańskiemu Goliatowi na płaszczyźnie przemysłowej i technologicznej”. (TODD 2024: 40, 51)
4. Izolacja Zachodu wobec „Reszty Świata”
Autor zauważa, że większość krajów poza kręgiem NATO i jego sojuszników (tzw. Globalne Południe) nie poparła sankcji przeciwko Rosji. Todd uważa, że konserwatyzm obyczajowy Rosji jest postrzegany przez kraje muzułmańskie, Indie czy Chiny jako bardziej zrozumiały i stabilny niż liberalny nihilizm Zachodu.
Rosyjski konserwatyzm obyczajowy stał się nową formą „miękkiej siły” przyciągającą państwa patrylinearne i tradycjonalistyczne. Todd zauważa: „Ironia Historii polega na tym, że Rosjanie (…) stali się militarną tarczą dla Reszty świata, ponieważ Zachód odmówił im miejsca we własnym gronie po upadku komunizmu”. „Zachód wyobraża sobie, że kolejne coraz surowsze ustawy (…) przeciwko LGBT, dowodzą światu, że Rosja jest „zła”. (…) Rosja doskonale wie, że jej homofobiczna i antytranspłciowa polityka nie tyle zraża inne kraje, co zjednuje wiele z nich”. (TODD 2024: 12, 290)
5. „Samobójstwo” Europy i rola Polski
Todd krytykuje Europę (zwłaszcza Niemcy i Francję) za utratę autonomii i całkowite podporządkowanie się interesom USA. Kraje europejskie utraciły autonomię polityczną i stały się wasalami USA, działając na własną szkodę (np. poprzez odcięcie się od taniej rosyjskiej energii). Todd określa Niemcy mianem „narodu bezwładnego”, który zrezygnował z mocarstwowości i dążenia do suwerenności. Todd zauważa: „Podział gospodarczy kontynentu europejskiego był aktem samobójczego szaleństwa. Niemiecka gospodarka pogrąża się w stagnacji. Na całym Zachodzie nasilają się bieda i nierówności społeczne”. „Niemcy przestały być narodem aktywnym, lecz równocześnie zaczęły zyskiwać coraz większą siłę w Europie jako naród bezwładny”. (TODD 2024: 13, 157)
Polska jest opisywana przez Todda jako główny agent Waszyngtonu w Unii Europejskiej, który wraz z Wielką Brytanią i Ukrainą tworzy nową oś militarną, wypychając tradycyjny duet parysko-berliński. Todd uważa, że Polska wykazuje się „irracjonalną rusofobią”, a obecne zbliżenie polsko-ukraińskie uznaje za historycznie kruche ze względu na dawne konflikty.
6. Nieunikniona porażka
Todd postrzega opór Ukrainy jako syntezę neoliberalizmu i nihilizmu, gdzie wojna stała się jedynym sensem istnienia dla państwa znajdującego się w stanie zaawansowanego rozkładu demograficznego i społecznego.
Zdaniem Todda wojna na Ukrainie stała się dla USA pułapką, ponieważ ich globalna dominacja zależy od sukcesu w konflikcie, którego nie mogą wygrać przemysłowo: „…rezygnacja z życia na kredyt, na jakie pozwala produkcja dolarów, jest niemożliwa. Taki imperialno-monetarny odwrót spowodowałby gwałtowny spadek poziomu życia”. „Efemeryczne sukcesy militarne ukraińskiego nacjonalizmu wciągnęły Stany Zjednoczone w spiralę eskalacji, z której nie mogą się wycofać pod groźbą poniesienia porażki – już nie tylko lokalnej, lecz także globalnej: militarnej, gospodarczej i ideologicznej”. (TODD 2024: 13, 320)
Todd twierdzi, że wojna na Ukrainie ujawniła wewnętrzny rozkład Zachodu. Porażka nie będzie wynikać z siły militarnej Rosji, ale z implozji systemu zachodniego, który stracił kontakt z rzeczywistością przemysłową i społeczną. Według autora, świat zmierza w stronę wielobiegunowości, w której USA nie będą już w stanie dyktować warunków.
Sąd Najwyższy Ukrainy właśnie co uznał parę jednopłciową za rodzinę. Co ciekawe, społeczeństwo wydaje się z tym nie mieć problemu.
Przypomina mi to historię Tebańskiego Legionu Siedemdziesięciu Młodzieńców – elitarnego oddziału złożonego z par kochanków. Ci żołnierze, walcząc ramię w ramię, osiągnęli wielkie zwycięstwa Teb nad Spartą, m.in. w bitwie pod Leuktrami w 371 r. p.n.e. Można powiedzieć, że historia pokazuje, że miłość i lojalność mogą iść w parze – zarówno na polu bitwy, jak i w codziennym życiu.
Nie o tym jednak chcę pisać. Chcę bowiem zwrócić uwagę na fakt, że siła społeczeństwa, patriotyzm i zdolność do obrony kraju w przypadku napaści czy wojny nie wynikają wyłącznie z zasobów gospodarczych państwa, jego potencjału militarnego, stopnia wyszkolenia armii, liczebności czy ilości sprzętu.
O sile państwa decyduje również mentalność, która cementuje społeczeństwo. Przejawia się ona między innymi w tym, że ludzie odnoszą się do siebie z szacunkiem: mówią do siebie „dzień dobry”, są grzeczni, mili, pomocni, serdeczni, szanują siebie nawzajem, traktują wszystko, co jest w kraju, jako wspólne dobro i czują się emocjonalnie, a nie tylko formalnie, związani z państwem.
Jeśli w naszym kraju są grupy wykluczone – niezależnie od powodów – jeśli jedna część społeczeństwa nie szanuje, wręcz nienawidzi i prześladuje drugą, to jak możemy oczekiwać, że ci ludzie będą walczyć o nas, bronić nas czy pomagać w czasie wojny? Być może zrobią to, kierując się wyższymi wartościami, ale to, co fundamentalne, to nie napuszone słowa, dęte liczby czy hasła, lecz międzyludzkie relacje.
Mam subiektywne odczucie, że relacje te pogarszają się z roku na rok. Widzę to nie tylko w Polsce, ale i w innych krajach. Ludzie są wobec siebie coraz bardziej wrodzy, nienawistni i bardzo łatwo dają się popchnąć jedni na drugich. Przyczyn jest pewnie wiele – nawet nie podejmuję się ich wyliczenia.
Jeśli jednak wysiłek państwa nie będzie zmierzał ku łagodzeniu tych zjawisk społecznych i cementowaniu społeczeństwa, żaden sprzęt ani żadne pieniądze nie uratują państwa ani jego obywateli.
Poniżej przytoczę tylko kilka przykładów z Ukrainy, które pokazują obecność osób LGBTQ+ w szeregach armii ukraińskiej, walczącej o niepodległość i obronę swojego kraju. To ludzie, którzy nie tylko bronią ojczyzny, lecz są przekonani, że należą do społeczeństwa Ukrainy, są jego częścią i kiedy nadejdzie pokój, nadal będą czuć się tam dobrze i szczęśliwie.
Otóż, gdy w 2022 roku Rosja rozpoczęła pełnoskalową inwazję na Ukrainę, wielu Ukraińców przerwało swoje dotychczasowe życie, by wziąć udział w obronie ojczyzny. Wśród nich znaleźli się także artyści i aktywiści LGBTQ+, którzy wcześniej znani byli z występów drag i działań na rzecz społeczności queer.
Jednym z najbardziej rozpoznawalnych przykładów jest Vlad Szast, znany na scenie drag jako Guppy Drink. Przed wojną tworzył spektakularne show, zdobywając popularność w ukraińskiej społeczności queer. Po wybuchu wojny porzucił scenę i wstąpił do terytorialnej obrony, zajmując się logistyką i wsparciem dla walczących. Jego historia, łącząca sztukę i obronę kraju, szybko obiegła media, stając się symbolem zaangażowania queer Ukraińców w walkę o wolność.
Nie był jedyny. Inny artysta drag, Artur Ozerov (AuRa), w czasie wojny skoncentrował się na organizowaniu pomocy i wsparciu logistycznym dla sił zbrojnych. Równocześnie tysiące osób LGBTQ+ z Ukrainy zgłosiło się do służby w armii lub jako ochotnicy w różnych formacjach obronnych, często podkreślając, że ich udział w wojnie ma także wymiar symboliczny: walkę o prawo do wolności osobistej i bycia sobą w demokratycznym państwie.
Ukraińskie prawo wojskowe od 2021 roku umożliwia służbę osobom LGBTQ+, co pozwalało im uczestniczyć w obronie kraju legalnie i bez ukrywania tożsamości. Reportaże z frontu pokazują, że queer Ukraińcy walczą nie tylko o terytorium, ale również o przyszłość społeczną, w której różnorodność jest akceptowana i szanowana.
Wojna w Ukrainie uwidoczniła, że heroizm i patriotyzm nie mają jednej definicji – mogą przyjmować formę zarówno walki z bronią w ręku, jak i odważnego stawania w obronie wartości, które dla wielu są równie istotne jak wolność kraju. Vlad Szast i jego towarzysze udowadniają, że queer Ukraińcy są gotowi stanąć na pierwszej linii frontu, nie rezygnując ze swojej tożsamości ani z marzeń o lepszej, wolnej Ukrainie.
Nie wiem dokładnie, jak wygląda sytuacja osób LGBTQ+ w polskiej armii. Nie sądzę jednak, żeby żołnierze nie mieli nic innego do roboty, tylko nienawidzić gejów i ich prześladować. Myślę, że ta nienawiść, która wyraża się wobec tej i innych mniejszości, pochodzi raczej ze świata polityki niż od przeciętnych ludzi. Owszem, jest podsycana i trafia być może na podatny grunt, ale jej spirytus movens jest zewnętrzny.
Dla poprawienia humoru i dodania odrobiny optymizmu przytoczę historię opowiedzianą mi przez mojego przyjaciela, zawodowego żołnierza. Otóż podczas pobytu na poligonie dwóch żołnierzy zostało przyłapanych pod prysznicem w trakcie uprawiania seksu oralnego. Od tego czasu w jednostce zaczęło funkcjonować powiedzenie: „w służbie ojczyzny i drugiego mężczyzny”.
Co mnie zaskoczyło i zwróciło moją uwagę, to fakt, że w/w hasło nie było wymierzone w przyłapanych żołnierzy, lecz traktowane jako zabawna anegdota, a samych żołnierzy żaden ostracyzm nie spotkał. Nikogo to zdarzenie nie oburzyło, nie zszokowało – nie było agresji ani prześladowania. Jedyne, co powstało w przestrzeni jednostki, to właśnie to powiedzenie, używane raczej w sposób przyjazny, a nie prześmiewczy.
Jakkolwiek nikomu z nas nie życzę wojny (choć mam nieodparte wrażenie, że wojna się zbliża), że w chwili próby, kiedy dojdzie do konfliktu, ci dwaj żołnierze nie będą mieli wątpliwości: czy bronić ojczyzny, czy chronić swoich kolegów.
Izrael i Stany Zjednoczone zaatakowały Iran z wielkim impetem. Oficjalne komunikaty epatowały liczbą zestrzelonych samolotów, zatopionych statków, wykonanych nalotów, zbombardowanych budynków i zabitych ludzi. Pierwsze dni potęgowały wrażenie zwycięstwa.
Dziś jednak, po dwunastu dniach wojny, okazuje się, że wojska Izraela i Ameryki nie tylko nie miały spójnego pomysłu na prowadzenie tej wojny, lecz także nie określono w sposób precyzyjny jej celów (wynika to wprost z oświadczenia Chrisa Murphy’ego – demokratycznego senatora z Connecticut, członka Senackiej Komisji Spraw Zagranicznych). W konsekwencji trudno powiedzieć, kiedy i w jakich okolicznościach można by uznać, że wojna została wygrana. Przede wszystkim jednak – jak się wydaje – zlekceważono przeciwnika, czyli Iran.
Cała ta sytuacja przypomina mi epizod z Wojna peloponeska, a dokładniej rajd Tebańczycy, którzy w liczbie około trzystu zajęli z wielkim impetem miasto Plateje. Początkowo mieszkańcy Platejów przestraszyli się i ustąpili. Tebańczycy zażądali poddania miasta. Platejczycy oznajmili jednak, że muszą się nad tym chwilę zastanowić.
Mimo pierwotnego strachu, który ogarnął mieszkańców Platejów, po pewnym czasie okazało się, że Tebańczyków wcale nie jest tak wielu i że nie są oni tak silni, jak początkowo sądzono. Nastał wieczór, potem noc, a dodatkowo zaczął padać deszcz. Wtedy okazało się, że Tebańczycy – choć wydawało się, że zajęli miasto i nad nim panują – zostali w nim w istocie uwięzieni. Nie znali miasta, było ciemno, niewiele widzieli, a sytuację dodatkowo utrudniał deszcz.
Platejczycy, po początkowym popłochu, zebrali się w sobie i zaczęli się przegrupowywać. Pod osłoną nocy i deszczu przeprowadzili skuteczne ataki. Nagle okazało się, że trzystu Tebańczyków, którzy sądzili, iż zdobyli miasto, znalazło się w śmiertelnej pułapce – właściwie w labiryncie śmierci, z którego nie potrafili się wydostać. Każda ulica mogła stać się dla nich śmiertelnym zaułkiem.
Mam wrażenie, że podobnie może być w przypadku Izraela i Stanów Zjednoczonych. O ile nie zajęli oni Iranu lądowo, o tyle zainwestowali w tę wojnę bardzo wiele – zarówno środki wojskowe jak i finansowe. Przy czym mówiąc o środkach wojskowych, mam tu na myśli nie najprostsze uzbrojenie, lecz zaawansowane systemy, które są kluczowe dla obrony własnych działań zbrojnych.
Z dostępnych informacji wynika, że zaczyna pojawiać się problem z ich dostępnością (Analizując najnowsze nagrania wideo przedstawiające ataki rakietowe i dronowe na Izrael, można zauważyć, że alarmy nie uruchamiają się przed nalotami tak jak jeszcze do niedawna. Ponadto na nagraniach widać, że pociski systemów obronnych nie trafiają w nadlatujące rakiety balistyczne ani w drony. Może to być wynikiem utraty przez Amerykanów części radarów, a także samych systemów antydronowych i przeciwrakietowych.). W konsekwencji Stany Zjednoczone nie tylko ściągają w region trzeci lotniskowiec (USS George H. W. Bush, CVN‑77), lecz także przenoszą systemy obrony powietrznej z Korei Południowej (system Patriot oraz THAAD, przechwytujący pociski balistyczne na dużej wysokości), pozostawiając swojego sojusznika w znacznie trudniejszej sytuacji. Można przypuszczać, że amunicja i sprzęt są również przerzucane z innych baz.
Jeśli sytuacja będzie rozwijać się w tym kierunku, nie można wykluczyć, że zasoby uzbrojenia zostaną poważnie uszczuplone również na innych kierunkach strategicznych. Iranu prawdopodobnie nie uda się zdobyć. A jeśli nie określono jasno warunków zwycięstwa, trudno będzie także ogłosić jego osiągnięcie.
Jeśli wojska USA i Izraela się wycofają – będzie to oznaczało porażkę. Jeśli walki zostaną przerwane – również będzie to można interpretować jako przyznanie się do niepowodzenia.
Innymi słowy, w moim odczuciu ta bańska pułapka Trumpa polega nie na tym, że wojska Izraela i USA wkroczyły do Iranu i zostały okrążone, lecz na tym, że USA i Izrael znalazły się w sytuacji bez dobrego wyjścia.
Przy tej okazji nazywa się retoryczna refleksja, że w tym samym czasie mogą zostać odsłonięte inne potencjalne kierunki konfliktów – na przykład wobec Rosji, Korei Północnej czy Chin. Co stanie się, jeśli Chiny zaatakują Tajwan, Korea Północna Koreę Południową, a Rosja – na przykład Łotwę? Kto, czym i gdzie będzie wówczas bronił pozostałych?
Wszystko wskazuje na to, że Stany Zjednoczone i Izrael są w tej wojnie osamotnione. Mimo że Iran atakuje wielu przeciwników w regionie, w rzeczywistości nikt nie chce włączyć się do wojny po stronie Izraela i USA.
Dramatyzm tej sytuacji będzie się pogłębiał z każdym kolejnym dniem trwania konfliktu, który jednocześnie będzie przyczyniał się do stopniowego uszczuplania zapasów uzbrojenia.
Nie można wykluczyć, że prezydent Donald Trump będzie próbował wzywać sojuszników z NATO do udzielenia pomocy. Niewykluczone też, że będzie powoływał się na Artykuł 5 Traktatu Waszyngtońskiego.
Jakkolwiek mam krytyczne zdanie o europejskiej klasie politycznej, nie sądzę jednak, aby jej przedstawiciele nie dostrzegali bezsensu tej sytuacji oraz tego, że wojna ta od początku obarczona jest ryzykiem poważnego niepowodzenia.
Jeśli któryś z sojuszników zdecyduje się na wsparcie, będzie ono najpewniej miało charakter symboliczny. Nie sądzę, aby jakiekolwiek państwo wysłało teraz swoją armię na wojnę na Bliskim Wschodzie, podczas gdy realne zagrożenie znajduje się znacznie bliżej — na wschodniej flance Europy, w rejonie granic Ukrainy, Białorusi i Rosji.
Taka sytuacja może doprowadzić do napięć między sojusznikami, a w konsekwencji do sporów, podziałów i osłabienia całego sojuszu.
W moim odczuciu wszystkie te okoliczności tworzą sytuację, którą nazwałem tebańską pułapką Trumpa. W przeciwieństwie do pułapki, w jakiej znaleźli się niegdyś tebańscy hoplici, jest to pułapka mentalna — polegająca na tym, że prezydent USA znalazł się w pułapce decyzyjnej. Trudno będzie mu podjąć decyzję, która w taki czy inny sposób nie byłaby przyznaniem się do porażki.
Nawet jeśli Trump — z czego jest znany — będzie próbował zaklinać rzeczywistość, porażka może okazać się widoczna dla wszystkich. A słabość lidera bywa zaproszeniem dla innych państw do przetestowania siły Stanów Zjednoczonych.
Książka Johna J. Mearsheimera pt. „Dlaczego liderzy kłamią: Prawda o kłamstwie w polityce międzynarodowej” (Why Leaders Lie: The Truth about Lying in International Politics”, 2011) to pionierska analiza zjawiska kłamstwa w stosunkach międzynarodowych prowadzona z perspektywy realizmu politycznego. Autor stawia prowokacyjną tezę, że choć kłamstwo jest powszechnie potępiane w życiu prywatnym, w polityce zagranicznej bywa ono użytecznym, a czasem wręcz koniecznym narzędziem realizacji interesu narodowego.
Mearsheimer stwierdza zatem na początkowych stronach swojego dzieła: „Faktem jest jednak, że istnieją uzasadnione strategicznie powody, dla których przywódcy kłamią zarówno wobec własnych obywateli, jak i wobec innych państw. Te praktyczne racje niemal zawsze przeważają nad powszechnie znanymi i szeroko akceptowanymi normami moralnymi zakazującymi kłamstwa. W istocie, liderzy czasami uważają, że mają moralny obowiązek kłamać, aby chronić swój kraj. Oczywiście przywódcy nie zawsze kłamią w sprawach polityki zagranicznej, lecz od czasu do czasu mówią rzeczy lub celowo sugerują pewne fakty, o których wiedzą, że nie są prawdziwe. Ich obywatele zazwyczaj nie karzą ich za takie podstępy, chyba że prowadzą one do złych skutków. Wyraźnie widać, że zarówno przywódcy, jak i ich społeczeństwa postrzegają kłamstwo jako integralny element stosunków międzynarodowych.” (But the fact is that there are good strategic reasons for leaders to lie to their publics as well as to other countries. These practical logics almost always override well-known and widely accepted moral strictures against lying. Indeed, leaders sometimes think that they have a moral duty to lie to protect their country. Leaders do not always lie about foreign policy, of course, but they occasionally say things or purposely imply things that they know are not true. Their publics usually do not punish them for their deceptions, however, unless they lead to bad results. It seems clear that leaders and their publics believe that lying is an integral part of international relations. – MEARSHEIMER 2011: 17).
W konkluzji (rozdział 9) swojej książki Mearsheimer zauważa: “Liderzy nie tylko kłamią innym państwom, lecz także własnym obywatelom, czyniąc to, ponieważ uważają, że leży to w najlepszym interesie ich kraju. Czasami mają w tym rację. Kto mógłby twierdzić, że mężowie stanu i dyplomaci nie powinni okłamywać niebezpiecznego przeciwnika — zwłaszcza w czasie wojny — jeśli ich podstępy przynoszą strategiczne korzyści? Najlepszym przykładem sytuacji, w której kłamstwo odegrało istotną rolę w przesunięciu równowagi sił na korzyść kraju, jest przypadek, gdy fałszywe informacje Bismarcka przyczyniły się do tego, że Francja rozpoczęła wojnę z Prusami w 1870 roku. Prusy odniosły decydujące zwycięstwo, co doprowadziło do powstania potężnych Niemiec w sercu Europy.” (Leaders not only tell lies to other countries, they also lie to their own people, and they do so because they believe it is in the best interest of their country. And sometimes they are right. Who would argue that statesman and diplomats should not lie to a dangerous adversary—especially in wartime—if their deceptions deliver strategic benefits? Probably the best example of where lying played an important role in helping a country shift the balance of power in its favor was when Bismarck’s falsehoods helped cause France to start a war with Prussia in 1870. Prussia won a decisive victory, which led to the creation of a powerful Germany in the heart of Europe. – MEARSHEIMER 2011: 138).
Oczywiście Mearsheimer nie ogranicza się do prostego stwierdzenia, że politycy kłamią – fakt ten jest przecież rodzajem społecznej oczywistości. Kłamstwo kłamstwu nierówne, dlatego Mearsheimer dokładniej niuansuje sposób, w jaki należy rozumieć jego strukturę i funkcję w polityce, zwłaszcza w stosunkach międzynarodowych.
DEFINICJA I RODZAJE KŁAMSTWA
Mearsheimer odróżnia kłamstwo (świadome podawanie fałszywych informacji) od innych form oszustwa, takich jak ukrywanie (faktów) czy spinning (interpretowanie faktów w korzystny sposób). Autor skupia się na kłamstwach strategicznych, czyli takich, które służą dobru wspólnoty, a nie prywatnym korzyściom liderów.
Wyróżnia on siedem rodzajów kłamstw międzynarodowych, z których najważniejsze to:
– Kłamstwa między państwami (Inter-state lies): Lider jednego państwa kłamie liderowi innego państwa (sojusznikowi lub wrogowi), aby uzyskać przewagę strategiczną, skłonić go do konkretnego działania lub powstrzymać przed atakiem.
– Sianie strachu (Fearmongering): Liderzy okłamują własne społeczeństwo, wyolbrzymiając zagrożenie ze strony innego państwa. Robią to, ponieważ uważają, że społeczeństwo jest zbyt complacent (zbyt pewne siebie/obojętne) i nie dostrzega potrzeby podjęcia radykalnych kroków w celu ochrony interesu narodowego.
– Strategiczne tuszowanie (Strategic cover-ups): Kłamstwa mające na celu ukrycie przed własnym narodem lub światem błędnej polityki, niepowodzeń militarnych lub kontrowersyjnych działań. Nie służą one ratowaniu kariery polityka (choć mogą przy okazji), ale ochronie państwa przed destabilizacją lub utratą reputacji.
– Mity nacjonalistyczne (Nationalist mythmaking): Liderzy i elity tworzą fałszywe lub mocno upiększone wersje historii swojego narodu. Przedstawiają własny kraj jako zawsze sprawiedliwy i będący ofiarą, a inne narody jako agresorów. Cel to budowa silnej tożsamości narodowej i spójności wewnętrznej.
– Kłamstwa liberalne (Liberal lies): Specyficzny rodzaj kłamstwa, w którym liderzy państw liberalnych (jak USA) tuszują bezwzględne działania wynikające z twardej walki o wpływy (realizmu), ubierając je w szaty obrony praw człowieka, demokracji i norm moralnych. Ma to na celu uniknięcie oskarżeń o hipokryzję.
– Kłamstwa imperialne (Imperial lies): Liderzy kłamią na temat kosztów i celów utrzymania imperium lub prowadzenia dalekich wojen kolonialnych/ekspedycyjnych. Często ukrywają fakt, że polityka ta służy wąskiej elicie, a nie całemu narodowi, lub że imperium zaczyna słabnąć.
– Kłamstwa ignominijne (Ignominious lies): To kłamstwa mające na celu ukrycie łamania ogólnie przyjętych norm międzynarodowych lub zbrodni, których państwo się dopuściło. Różnią się od tuszowania strategicznego tym, że dotyczą zachowań powszechnie uznanych za haniebne (np. zbrodnie wojenne), a ich ujawnienie mogłoby doprowadzić do całkowitej izolacji państwa na arenie międzynarodowej.
Mearsheimer zaznacza, że wszystkie te rodzaje kłamstwa – mimo że moralnie wątpliwe – są z punktu widzenia autora narzędziami polityki zagranicznej, po które liderzy sięgają w celu ochrony lub wzmocnienia swojego państwa.
GŁÓWNE TEZY MEARSHEIMERA
Liderzy kłamią rzadziej innym państwom niż własnym obywatelom. To jedna z najbardziej zaskakujących konkluzji Mearsheimera. W relacjach międzynarodowych panuje duża nieufność, a kłamstwo łatwo wykryć, co czyni je mało skutecznym narzędziem w dyplomacji. Natomiast obywatele zazwyczaj ufają swoim liderom, co czyni ich łatwiejszym celem manipulacji.
Demokracje kłamią częściej. Państwa demokratyczne, zwłaszcza te prowadzące ambitną politykę zagraniczną (jak USA), mają większą skłonność do siania strachu, by zmobilizować opinię publiczną do wojen, które nie są bezpośrednio wymuszone przez egzystencjalne zagrożenie.
Przyczyną kłamstwa jest anarchia międzynarodowa. Brak nadrzędnej władzy (światowego rządu) zmusza państwa do dbania o własne przetrwanie za wszelką cenę. W tym „świecie samopomocy” zasady moralne ustępują logice bezpieczeństwa.
NEGATYWNE SKUTKI KŁAMSTWA (DOWNSIDE)
Mearsheimer ostrzega przed dwoma głównymi zagrożeniami:
Backfiring (spalenie na panewce): Kłamstwo może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego w polityce zagranicznej, np. wywołać niepotrzebny wyścig zbrojeń lub wciągnąć kraj w katastrofalną wojnę (przykład: wojna w Wietnamie lub Iraku).
Blowback (rykoszet): To najgroźniejszy skutek – systematyczne okłamywanie własnego społeczeństwa niszczy zaufanie do instytucji państwowych i korumpuje życie polityczne wewnątrz kraju.
Mearsheimer konkluduje, że choć kłamstwo jest czasami „noble lie” (szlachetnym kłamstwem) w służbie państwa, to częściej okazuje się narzędziem niebezpiecznym, które może podkopać fundamenty samej demokracji.
Nie milkną echa tragicznego ataku na szkołę w mieście Minab w Iranie. Według pierwszych doniesień medialnych w wyniku uderzenia rakietowego zginęło około 170 osób, w większości uczennic szkoły dla dziewcząt Shajareh Tayyebeh Girls School.
Od początku pojawiały się sprzeczne informacje dotyczące odpowiedzialności za atak. Władze Iranu oskarżyły o jego przeprowadzenie Stany Zjednoczone i Izrael. Prezydent Donald Trump zaprzeczał, aby atak został przeprowadzony przez siły amerykańskie. Jego wypowiedzi w tej sprawie były jednak niespójne – w różnych momentach sugerował on, że za uderzenie może odpowiadać Izrael lub nawet sam Iran.
Dodatkowe kontrowersje wywołało nagranie wideo zarejestrowane w chwili ataku. Według części analityków uzbrojenia materiał ten wskazuje, że użyta broń mogła być pociskiem manewrującym typu Tomahawk cruise missile. Broń ta pozostaje w arsenale Stanów Zjednoczonych oraz ich najbliższych sojuszników, m.in. Wielkiej Brytanii, a w ostatnich latach została także zamówiona przez Australię, Japonię, Holandię i Kanadę. Państwa te nie uczestniczą jednak bezpośrednio w obecnym konflikcie, co czyni scenariusz ich użycia mało prawdopodobnym.
Niektóre relacje świadków wskazują również, że w rejonie szkoły mogło dojść do dwóch eksplozji w odstępie kilkudziesięciu minut. Tego rodzaju sekwencja uderzeń przypomina taktykę znaną jako „podwójne uderzenie” (double tap strike). Polega ona na ponownym ataku w miejsce pierwszej eksplozji w momencie, gdy na miejscu pojawiają się służby ratunkowe i osoby udzielające pomocy poszkodowanym.
Warto wspomnieć, że w przeszłości na Bliskim Wschodzie dochodziło do zamachów terrorystycznych, w których stosowano wyżej wspomnianą taktykę „podwójnego uderzenia” – polegającą na przeprowadzeniu pierwszego ataku, a następnie ponownym uderzeniu w momencie, gdy na miejsce przybywają służby ratunkowe i osoby udzielające pomocy rannym. Jednym z wydarzeń, które stało się inspiracją dla kina, był zamach w Rijad z 2003 roku, znany jako Riyadh compound bombings, przeprowadzony przez bojowników powiązanych z Al‑Qaeda. W atakach tych użyto samochodów-pułapek skierowanych przeciwko zamkniętym osiedlom mieszkaniowym, w których przebywali m.in. pracownicy zagranicznych firm i obywatele państw zachodnich. Wydarzenia te stały się jednym z głównych punktów odniesienia dla scenariusza amerykańskiego filmu „The Kingdom” z 2007 roku, który przedstawia fikcyjne śledztwo agentów FBI prowadzone po zamachu na amerykański kompleks mieszkalny w Arabii Saudyjskiej.
Chociaż na obecnym etapie śledztwa wiele okoliczności tragedii pozostaje niewyjaśnionych, a odpowiedzialność za atak jest przedmiotem międzynarodowego sporu, to trudno oprzeć się oczywistej, jak mogłoby się wydawać, konkluzji, że skoro Amerykanie jako jedyni w tym konflikcie dysponują pociskami Tomahawk, to tylko oni mogli ich użyć. a ewentualne zastosowanie technika podwójnego ataku wskazuje na celowość uderzenia.
Dla osób niezaznajomionych bliżej z prawem przedstawiam poniżej bezsporne, jak się wydaje, fakty dotyczące okoliczności zdarzenia.
Pierwszego dnia wojny, tj. 28 lutego 2026 r., w irańskim mieście Minab doszło do tragicznego w skutkach ataku rakietowego, w wyniku którego zniszczona została szkoła dla dziewcząt Shajareh Tayyebeh Girls School. Według doniesień medialnych i lokalnych władz w zdarzeniu zginęło około 170 osób, głównie uczennic w wieku szkolnym (7-12 lat), a kilkadziesiąt zostało rannych.
Atak miał miejsce w godzinach przedpołudniowych podczas zajęć lekcyjnych. Według wstępnych ustaleń pocisk uderzył w kompleks znajdujący się w pobliżu szkoły, gdzie miała znajdować się infrastruktura związana z Islamic Revolutionary Guard Corps. Siła eksplozji doprowadziła do poważnych zniszczeń budynku szkoły i zawalenia części konstrukcji.
W przestrzeni medialnej pojawiły się nagrania i zdjęcia analizowane przez ekspertów wojskowych, które – według niektórych analiz – mogą wskazywać na użycie pocisku manewrującego typu Tomahawk cruise missile. Odpowiedzialność za atak pozostaje jednak przedmiotem sporów i międzynarodowych dochodzeń. Iran oskarża o przeprowadzenie uderzenia Stany Zjednoczone i Izrael, podczas gdy strona amerykańska prowadzi własne śledztwo i nie potwierdziła oficjalnie tych zarzutów.
Organizacje międzynarodowe przypominają, że szkoły są obiektami cywilnymi chronionymi przez prawo humanitarne, a ataki na nie – jeśli nie mają charakteru militarnego – mogą być uznane za poważne naruszenie prawa wojennego. Sprawa pozostaje jednym z najbardziej dramatycznych wydarzeń w obecnym konflikcie na Bliskim Wschodzie.
Ps. Krótko po moim wpisie The New York Times opublikował artykuł referujący wstępne wyniki śledztwa. Wstępne dochodzenie wykazało, że to Stany Zjednoczone są odpowiedzialne za atak pociskiem Tomahawk na szkołę podstawową Shajarah Tayyebeh w miejscowości Minab, do którego doszło 28 lutego. Polecam lekturze tekst: https://www.nytimes.com/2026/03/11/us/politics/iran-school-missile-strike.html?unlocked_article_code=1.SVA.Iq2w.rO56zHfJMiEx&smid=url-share
Trudno oprzeć się wrażeniu, że armia USA wraz z armią Izraela odniosły wielki sukces w Iranie – udało im się zabić 80-letniego starca, ponad 160 siedmioletnich dziewczynek i zniszczyć nieuzbrojony okręt.
W książce „Wielkie złudzenie. Liberalne marzenia a rzeczywistość międzynarodowa” (The Great Delusion: Liberal Dreams and International Realities) John J. Mearsheimer stawia tezę, że polityka „liberalnej hegemonii”, prowadzona przez USA po zimnej wojnie, była skazana na porażkę, ponieważ ignorowała potęgę nacjonalizmu i realizmu. Więcej, jego zdaniem tego typu polityka stanowi wielkie złudzenie (the great delusion).
1. Liberalna Hegemonia
Według Mearsheimera „liberalna hegemonia to ambitna strategia, w której państwo dąży do przekształcenia jak największej liczby krajów w liberalne demokracje podobne do niego samego, promując jednocześnie otwartą gospodarkę międzynarodową i budując instytucje międzynarodowe” (Liberal hegemony is an ambitious strategy in which a state aims to turn as many countries as possible into liberal democracies like itself while also promoting an open international economy and building international institutions. – MEARSHEIMER 2018: 1). Celami tej strategii są:
– Szerzenie demokratycznego ustroju na świecie.
– Budowanie otwartej gospodarki międzynarodowej.
– Tworzenie potężnych instytucji międzynarodowych. Zwolennicy tej idei wierzą, że taki świat będzie bardziej pokojowy, wolny od terroryzmu i naruszeń praw człowieka.
2. Dlaczego liberalizm przegrywa jednak z nacjonalizmem i realizmem?
Amerykański politolog zauważa: „Nie ma wątpliwości, że liberalizm i nacjonalizm mogą współistnieć, ale kiedy dochodzi do ich starcia, nacjonalizm prawie zawsze wygrywa” (There is no question that liberalism and nationalism can coexist, but when they clash, nationalism almost always wins. – MEARSHEIMER 2018: 3). Mearsheimer argumentuje, że nacjonalizm i realizm są znacznie silniejszymi siłami, ponieważ lepiej odpowiadają naturze ludzkiej jako istot społecznych:
– Nacjonalizm: Ludzie są przede wszystkim istotami społecznymi, lojalnymi wobec własnej grupy (narodu). Nacjonalizm kładzie nacisk na samostanowienie, co sprawia, że kraje zaciekle opierają się obcej ingerencji w ich wewnętrzne sprawy – nawet jeśli ta ingerencja ma na celu wprowadzenie demokracji. Powiada Mearsheimer: „Moim zdaniem od początku do końca naszego życia jesteśmy istotami głęboko społecznymi, a indywidualizm ma drugorzędne znaczenie […] nacjonalizm, oparty na słusznym przekonaniu, że jednostki niezmiennie posiadają silne poczucie lojalności wobec własnej grupy, lepiej zaspokaja kilka krytycznie ważnych ludzkich potrzeb” (My view is that we are profoundly social beings from the start to the finish of our lives and that individualism is of secondary importance […] nationalism, which is predicated on the correct belief that individuals invariably have a strong sense of loyalty toward their own group, is better at addressing several critically important human needs. – MEARSHEIMER 2018: 7, 107).
– Realizm: W systemie międzynarodowym nie ma „rządu światowego”, który mógłby chronić państwa. Dlatego mocarstwa muszą kierować się logiką równowagi sił i dbać o własne przetrwanie. Liberalne państwa często „mówią jak liberałowie, ale działają jak realiści”, chyba że znajdą się w wyjątkowej sytuacji jednobiegunowości (jak USA po 1991 r.), co pozwala im na ryzykowne, ideologiczne krucjaty. Wyjaśnia: „Ta powszechna opinia jest błędna. Wielkie mocarstwa rzadko znajdują się w sytuacji, w której mogą prowadzić w pełni liberalną politykę zagraniczną. Dopóki na świecie istnieją dwa lub więcej takich państw, mają one niewielki wybór: muszą uważnie śledzić swoją pozycję w globalnej równowadze sił i działać zgodnie z dyktatem realizmu. Wielkie mocarstwa – niezależnie od swoich przekonań ideologicznych – przywiązują ogromną wagę do własnego przetrwania, a w systemie bipolarnym lub multipolarnym zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że zostaną zaatakowane przez inne wielkie mocarstwo. W takich okolicznościach liberalne mocarstwa często maskują swoje twarde, bezkompromisowe działania liberalną retoryką. Mówią jak liberałowie, lecz działają jak realiści. Jeśli natomiast przyjmują politykę liberalną sprzeczną z logiką realizmu, niemal nieuchronnie przychodzi im tego żałować” (This conventional wisdom is wrong. Great powers are rarely in a position to pursue a full scale liberal foreign policy. As long as two or more of them exist on the planet, they have little choice but to pay close attention to their position in the global balance of power and act according to the dictates of realism. Great powers of all persuasions care deeply about their survival, and there is always the danger in a bipolar or multipolar system that they will be attacked by another great power. In these circumstances, liberal great powers regularly dress up their hard-nosed behavior with liberal rhetoric. They talk like liberals and act like realists. Should they adopt liberal policies that are at odds with realist logic, they invariably come to regret it. – MEARSHEIMER 2018: 1–2).
Mearsheimer podsumowuje: „Moja teza, ujęta krótko, brzmi: nacjonalizm i realizm prawie zawsze biorą górę nad liberalizmem” (My argument, stated briefly, is that nationalism and realism almost always trump liberalism. – MEARSHEIMER 2018: 4).
3. Skutki „Wielkiego Złudzenia”
Zdaniem Mearsheimera: „Państwo realizujące za granicą tak ambitną strategię nie ma w istocie wyboru i musi stworzyć rozbudowany aparat bezpieczeństwa narodowego, zdolny prowadzić niekończące się wojny oraz nadzorować i kształtować świat na własny obraz. Jednak potężne państwo bezpieczeństwa narodowego niemal zawsze stanowi zagrożenie dla liberalnych wartości i instytucji wewnątrz kraju” (A country pursuing this ambitious strategy abroad has little choice but to create a powerful national security bureaucracy to fight its endless wars and monitor and shape the world in its own image. But a formidable national security state almost always threatens liberal values and institutions at home. – MEARSHEIMER 2018: 179). Według zatem autora, próba narzucenia liberalizmu innym narodom przynosi skutki odwrotne do zamierzonych:
– Niekończące się wojny: Zamiast pokoju, liberalna hegemonia prowadzi do militaryzmu i angażowania się w liczne konflikty zbrojne w celu zmiany reżimów (np. w Iraku, Libii czy Syrii).
– Zagrożenie dla demokracji w domu: Prowadzenie globalnych krucjat wymaga budowania potężnego państwa bezpieczeństwa narodowego, co ostatecznie podkopuje wolności obywatelskie wewnątrz samego państwa liberalnego.
– Destabilizacja geopolityczna: Przykładem jest polityka wobec Ukrainy, która – motywowana logiką liberalną (rozszerzanie NATO i UE) – doprowadziła do poważnego kryzysu w relacjach z Rosją, która postrzega to jako egzystencjalne zagrożenie w kategoriach realistycznych.
4. Polityka powściągliwości
Mearsheimer kieruje ważny apel do polityków – powiada: „Amerykańscy decydenci polityczni powinni porzucić strategię liberalnej hegemonii i prowadzić bardziej powściągliwą politykę zagraniczną, opartą na realizmie oraz właściwym rozumieniu tego, w jaki sposób nacjonalizm ogranicza działania wielkich mocarstw” (American policymakers would be wise to abandon liberal hegemony and pursue a more restrained foreign policy based on realism and a proper understanding of how nationalism constrains great powers. – MEARSHEIMER 2018: VIII).
Innymi słowy, Mearsheimer wzywa Stany Zjednoczone do porzucenia liberalnej hegemonii na rzecz polityki powściągliwości (restraint), opartej na realizmie.
Mearsheimer sugeruje, by mocarstwa:
– Zrozumiały, że nie da się przeprowadzić skutecznej „inżynierii społecznej” w obcych kulturach.
– Skupiły się na utrzymywaniu równowagi sił w kluczowych regionach świata, zamiast próbować naprawiać go na własne podobieństwo.
W swoich rozważaniach Mearsheimer dochodzi do wniosku, że wiara w możliwość stworzenia powszechnego pokoju poprzez szerzenie liberalizmu jest niebezpieczną iluzją (wielkie złudzenie – the great delusion), która generuje chaos i przemoc.
Liberalizm jest jedną z ważniejszych doktryn filozoficznych i politycznych nowoczesnego świata. Jego centralną ideą jest wolność jednostki. Najprościej mówiąc, liberalizm opiera się na przekonaniu, że człowiek powinien być możliwie wolny, a władza państwa powinna być ograniczona. Państwo nie istnieje po to, by całkowicie kierować życiem obywateli, lecz po to, by chronić ich podstawowe prawa i zapewniać ramy pokojowego współistnienia w społeczeństwie.
Klasyczny liberalizm, rozwijany przez myślicieli takich jak John Locke czy John Stuart Mill, opiera się na kilku fundamentalnych przekonaniach.
Po pierwsze zakłada, że każdy człowiek ma prawo decydować o swoim życiu i ponosić odpowiedzialność za własne wybory.
Po drugie podkreśla, że władza państwa powinna być ograniczona i nie powinna ingerować w życie obywateli bardziej niż jest to konieczne.
Po trzecie akcentuje także znaczenie praw jednostki, takich jak wolność słowa, wolność sumienia, prawo własności czy prawo do zgromadzeń.
Po czwarte wskazuje na fundamentalną rolę rządów prawa, które oznaczają, że władza publiczna działa w granicach prawa, a nie według arbitralnej woli rządzących.
Po piąte uwydatnia znaczenie tolerancji, czyli przekonania, że ludzie mogą różnić się poglądami, religią i stylem życia, a społeczeństwo powinno umożliwiać pokojowe współistnienie tej różnorodności.
W nowoczesnej teorii politycznej liberalizm oznacza także określony model ustroju państwa. System liberalny opiera się na demokracji przedstawicielskiej, wolnych wyborach, prawach obywatelskich oraz pluralizmie poglądów. W takim systemie władza wywodzi się z woli obywateli, jest podzielona i podlega kontroli prawnej. Właśnie na tych zasadach funkcjonuje większość współczesnych demokracji zachodnich – choć pewnie to stwierdzenie nie jest oczywiste.
Pojęcie liberalizmu pojawia się także w teorii stosunków międzynarodowych. W tym kontekście oznacza ono przekonanie, że demokracje są bardziej pokojowe niż inne systemy polityczne, że rozwój handlu sprzyja ograniczaniu konfliktów oraz że instytucje międzynarodowe, takie jak United Nations, pomagają utrzymywać stabilność i pokój między państwami.
Krytyczną analizę tej wizji przedstawia między innymi John J. Mearsheimer w książce „The Great Delusion: Liberal Dreams and International Realities”, gdzie argumentuje, że jest to zbyt optymistyczne spojrzenie na rzeczywistość międzynarodową. O książce tej napisałem osobny post.
W najkrótszym ujęciu liberalizm można więc rozumieć jako filozofię polityczną, która stawia wolność jednostki w centrum życia społecznego i dąży do ograniczenia władzy państwa tak, aby chroniło ono prawa obywateli, zamiast dominować nad ich życiem.
W książce „Jak myślą państwa? Racjonalność w polityce zagranicznej” (How States Think: The Rationality of Foreign Policy) John J. Mearsheimer i Sebastian Rosato podejmują próbę obrony jednego z najważniejszych założeń realizmu w teorii stosunków międzynarodowych, mianowicie przekonania, że państwa w zdecydowanej większości przypadków działają racjonalnie. Autorzy zauważają, że w ostatnich dekadach coraz większą popularność zdobyły interpretacje polityki międzynarodowej odwołujące się do psychologii, błędów poznawczych, emocji przywódców czy ideologii. W takich ujęciach wiele kluczowych decyzji politycznych przedstawia się jako rezultat irracjonalności, uprzedzeń lub błędnej percepcji rzeczywistości. Mearsheimer i Rosato sprzeciwiają się temu trendowi i proponują własną, precyzyjną definicję racjonalności w polityce zagranicznej, która ma pokazać, że nawet bardzo ryzykowne lub ostatecznie katastrofalne decyzje państw mogą być racjonalne w sensie strategicznym.
W ich ujęciu racjonalność państwa opiera się na dwóch podstawowych elementach: posiadaniu spójnej teorii świata oraz procesie deliberacji prowadzącym do podjęcia decyzji. Pierwszy element oznacza, że decydenci polityczni działają w oparciu o pewien zestaw przekonań dotyczących tego, jak funkcjonuje system międzynarodowy. Może to być przekonanie, że bezpieczeństwo państwa zależy przede wszystkim od równowagi sił, że słabość prowokuje agresję przeciwników, że odstraszanie militarne zmniejsza prawdopodobieństwo wojny albo że w pewnych sytuacjach uderzenie wyprzedzające jest najlepszym sposobem uniknięcia jeszcze większego zagrożenia w przyszłości. Nie chodzi przy tym o to, czy dana teoria świata jest w pełni trafna, lecz o to, czy stanowi spójne i logiczne wyjaśnienie rzeczywistości, które pozwala decydentom interpretować wydarzenia i przewidywać możliwe konsekwencje własnych działań.
Drugim elementem racjonalności jest deliberacja, czyli proces rozważania różnych opcji politycznych przed podjęciem ostatecznej decyzji. W praktyce oznacza to analizę kosztów i korzyści poszczególnych strategii, dyskusję wśród elit politycznych i wojskowych, konsultacje z ekspertami oraz korzystanie z dostępnych informacji wywiadowczych. Jeśli decyzja jest wynikiem takiego procesu namysłu, spełnia drugi warunek racjonalności w rozumieniu autorów. W tym miejscu Mearsheimer i Rosato podkreślają jedną z najważniejszych tez swojej książki, mianowicie że racjonalność nie jest tożsama z sukcesem. Państwo może podjąć decyzję, która jest racjonalna w momencie jej podejmowania, a mimo to zakończy się ona strategiczną porażką. Wynika to z faktu, że decydenci nigdy nie dysponują pełną wiedzą o przyszłości, informacje mogą być niekompletne lub błędne, a działania przeciwników również wpływają na ostateczny rezultat wydarzeń.
Z tego powodu sama katastrofa polityczna lub militarna nie dowodzi jeszcze irracjonalności decyzji, która do niej doprowadziła. Autorzy odrzucają więc popularne przekonanie, że racjonalność polega na maksymalizacji zysków, na moralnej słuszności decyzji lub na jej ostatecznej skuteczności. Racjonalność oznacza raczej spójne rozumowanie i świadomy proces wyboru pomiędzy różnymi możliwościami działania.
Taka koncepcja ma także szersze znaczenie teoretyczne dla nauki o stosunkach międzynarodowych. Mearsheimer argumentuje, że gdyby państwa w rzeczywistości działały głównie pod wpływem emocji, chaosu poznawczego lub przypadkowych impulsów przywódców, analiza polityki międzynarodowej byłaby niemal niemożliwa, ponieważ nie dałoby się identyfikować powtarzalnych wzorców zachowań. Tymczasem w historii stosunków międzynarodowych można dostrzec pewne regularności wynikające z logiki systemu anarchicznego, w którym państwa muszą same dbać o własne bezpieczeństwo.
W takim środowisku, zdaniem autora, presja przetrwania sprzyja zachowaniom racjonalnym, ponieważ państwa, które konsekwentnie podejmowałyby całkowicie irracjonalne decyzje strategiczne, z czasem przestałyby istnieć lub utraciłyby swoją pozycję w systemie międzynarodowym. W tym sensie model racjonalności zaproponowany przez Mearsheimera i Rosato jest próbą powrotu do klasycznej realistycznej wizji polityki, w której działania państw są przede wszystkim rezultatem kalkulacji strategicznych dokonywanych w warunkach niepewności, a nie wyłącznie produktem psychologii przywódców czy irracjonalnych impulsów historii.