Na północy Serbii, w miejscowości Kanjiža, przy gazociągu Balkan Stream, którym rosyjski gaz płynie do Węgier, znaleziono materiały wybuchowe „o dużej sile rażenia”. Prezydent Serbii Aleksandar Vuczić podkreślił, że ładunek mógł zagrozić wielu osobom i poważnie zakłócić dostawy gazu. Premier Węgier Viktor Orban zwołał nadzwyczajną radę obrony i zapowiedział wysłanie wojska w celu ochrony węgierskiej części gazociągu.
Węgierski dziennikarz śledczy Szabolcs Panyi wskazuje, że sytuacja może być „operacją pod fałszywą flagą” na korzyść Orbana, który w najbliższych wyborach parlamentarnych przegrywa. Według Panyi’ego rzekome zagrożenie mogłoby zostać wykorzystane jako pretekst do wprowadzenia stanu wyjątkowego, co potencjalnie wpłynęłoby na organizację głosowania i dynamikę kampanii. Istnieją też sugestie, że propaganda rządowa mogłaby powiązać zagrożenie z Ukrainą lub opozycyjną partią TISZA, która w najnowszych sondażach wyprzedza Fidesz.
Patrząc na tę sytuację przez pryzmat doktryny szoku Naomi Klein, pojawia się wyraźna perspektywa polityczna: rzekome zagrożenie przy kluczowej infrastrukturze gazowej mogłoby zostać wykorzystane jako pretekst do wprowadzenia stanu wyjątkowego i ograniczenia swobody kampanii wyborczej. Mechanizm przypomina historyczne przypadki, w których kryzysy służyły do konsolidacji władzy – najbliższym porównaniem jest prowokacja, którą stanowiło podpalenie Reichstagu w 1933 roku. W obu przypadkach obserwujemy możliwość użycia wydarzenia zagrażającego bezpieczeństwu państwa jako narzędzia legitymizacji nadzwyczajnych środków. W przypadku Orbana chodziłoby o ingerencję w proces wyborczy, podczas gdy podpalenie Reichstagu stworzyło fundament do niemal całkowitego przejęcia władzy i drastycznego ograniczenia praw obywatelskich w demokratycznym państwie. Ale czy ostatecznie nie sprowadzi się to do tego samego?
Ten film, jak i wiele podobnych, obnaża bezsilność intelektualną i sprawczą współczesnego człowieka. Patrzę na to, co widzę, i nie wiem, czy jest to prawdziwe. Patrzę i nie wierzę własnym oczom. A jeśli to, co widzę, jest prawdziwe – tym bardziej staje się to wstrząsające. To moment, w którym intelekt i emocje ulegają zawieszeniu. Czuję się sparaliżowany.
Nie jest to jednak doświadczenie jednostkowe. To znak czasu.
Współczesny człowiek utracił niewinność patrzenia. Obraz, który przez wieki był nośnikiem prawdy, dziś stał się przestrzenią niepewności. Rozwój technologii, manipulacja narracją, montaż, a także rosnąca obecność sztucznie generowanych treści sprawiają, że patrzenie przestało być równoznaczne z rozumieniem. Widzieć nie znaczy już wiedzieć.
To, co dawniej było oczywiste – „wierzę, bo widzę” – dziś ulega odwróceniu: „widzę, ale nie wierzę”.
W tym napięciu rodzi się nowy stan egzystencjalny – zawieszenie pomiędzy prawdą a jej pozorem. Umysł nie jest już w stanie natychmiast rozstrzygnąć, czy doświadczenie, które go porusza, ma charakter realny, czy jest jedynie konstrukcją. W efekcie pojawia się coś więcej niż wątpliwość: pojawia się paraliż.
Ma on podwójny charakter.
Z jednej strony jest to bezsilność intelektualna – moment, w którym nasze narzędzia rozumienia okazują się niewystarczające wobec intensywności i niejednoznaczności bodźców. Z drugiej strony jest to bezsilność sprawcza – nawet jeśli uznamy coś za prawdziwe i wstrząsające, nie wiemy, co możemy z tym zrobić. Świadomość nie przekłada się na działanie.
A jednak ten paraliż nie musi oznaczać końca.
Może być momentem granicznym – doświadczeniem, które ujawnia ograniczenia naszego poznania, ale jednocześnie otwiera przestrzeń dla nowego rodzaju refleksji. Zamiast natychmiastowego osądu pojawia się pytanie. Zamiast reakcji – zatrzymanie. Zamiast iluzji kontroli – świadomość własnej niepewności.
Paradoksalnie więc, to właśnie w tym stanie zawieszenia ujawnia się coś cennego: wrażliwość, która nie została jeszcze stępiona. Bo prawdziwym zagrożeniem nie jest paraliż, lecz obojętność.
Być może więc nie chodzi o to, by natychmiast odzyskać pewność, lecz by nauczyć się żyć w jej braku – i uczynić z tej niepewności początek myślenia.
Informacja o źródle filmu:
Film, do którego się odnoszę, dostępny jest na Facebooku. Podaję poniżej nazwę profilu oraz link do tego filmu. Nie jestem jednak pewien, czy naciśnięcie linku wystarczy, aby go odnaleźć. Za te problemy techniczne czytelników przepraszam.
Ostatnimi czasy coraz częściej słyszymy wypowiedzi, które padają z ust Donalda Trumpa oraz Pete’a Hegsetha, powątpiewające w sensowność funkcjonowania NATO. Istota tych wypowiedzi sprowadza się do przekonania, że sojusz nie spełnia swojej podstawowej funkcji — nie gwarantuje realnego wsparcia w sytuacji kryzysowej.
Wyrazem tej oceny jest określenie użyte przez Donalda Trumpa, który nazwał NATO „paper tiger”, czyli „papierowym tygrysem” — strukturą pozornie silną, lecz w rzeczywistości nieskuteczną. W podobnym duchu wypowiada się Pete Hegseth, sugerując, że trudno mówić o prawdziwym sojuszu, jeśli jego członkowie nie są gotowi stanąć po swojej stronie w momencie próby.
Choć w wypowiedziach tych nie pada wprost postulat wystąpienia Stanów Zjednoczonych z NATO, to ich kierunek wydaje się jednoznaczny. Tworzą one narrację, w której dalsze uczestnictwo USA w sojuszu zostaje przedstawione jako co najmniej problematyczne, a w konsekwencji — jako decyzja wymagająca ponownego rozważenia. Innymi słowy, suma tych wypowiedzi sprawia wrażenie formy nacisku politycznego: jeśli państwa członkowskie NATO nie udzielą Stanom Zjednoczonym wsparcia w konflikcie z Iranem, to USA wyjdą z NATO.
Na marginesie warto zauważyć, że paradoks polega na tym, że jedyny moment, w którym NATO zostało realnie sprawdzone jako sojusz, był momentem, w którym to nie Europa, lecz Stany Zjednoczone potrzebowały wsparcia — i to wsparcie otrzymały (Irak, Afganistan).
Oczywiście wypowiedzi Donalda Trumpa oraz Pete’a Hegsetha wywołały wyraźne poruszenie wśród państw członkowskich NATO, w szczególności zaś w Polsce. Reakcje części polskich elit politycznych sprawiają przy tym wrażenie nie tyle całkowitego zaskoczenia, ile raczej pewnej intelektualnej bezradności wobec nowej sytuacji — sytuacji, w której dotychczasowe założenia dotyczące trwałości i jednoznaczności zobowiązań sojuszniczych przestają być oczywiste. W konsekwencji coraz częściej w Polsce pojawia się pytanie: A co, jeśli NATO się rozpadnie?
Prof. Antoni Dudek komentując słowa Trumpa i Hegsetha zauważa: „W ten sposób się nie buduje żadnych relacji sojuszniczych. (…) Administracja Trumpa po prostu kopie grób sojuszu północnoatlantyckiego. Nie jest przesądzony pogrzeb. On jest pod znakiem zapytania. Być może NATO uda się jeszcze reanimować za następnej administracji, a być może się nie uda. Jedno jest pewne. Musimy zacząć myśleć o tym, że będziemy budować sobie musieli inne sojusze być może w obrębie państw NATO.” („Dudek o Polityce”, w: Super Express, 03 kwietnia 2026).
Sytuacja, w której znalazły się Stany Zjednoczone w konflikcie z Iranem, a dokładniej — amerykańskie siły zbrojne, wydaje się najlepiej ilustrować powiedzenie, które w Niemczech przypisuje się Carlowi von Clausewitzowi: „Na wojnie wszystko przebiega inaczej, niż się oczekuje” („Im Kriege läuft alles anders, als man erwartet”). Z akademickiego obowiązku zasygnalizuję tylko, że oryginalna wypowiedź von Clausewitz brzmi nieco inaczej: „Ta niepewność wszystkich informacji i przesłanek, te nieustanne ingerencje przypadku sprawiają, że działający w wojnie nieustannie zastaje rzeczywistość inną, niż się jej spodziewał, i nie może się zdarzyć, aby nie miało to wpływu na jego plan lub przynajmniej na wyobrażenia związane z tym planem.” („Jene Unsicherheit aller Nachrichten und Voraussetzungen, diese beständigen Einmischungen des Zufalls machen, daß der Handelnde im Kriege die Dinge unaufhörlich anders findet, als er sie erwartet hatte, und es kann nicht fehlen, daß dies auf seinen Plan oder wenigstens auf die diesem Plane zugehörigen Vorstellungen Einfluß habe.”).
W rzeczywistości nikt nie wie, co ostatecznie zrobi Donald Trump i czy Stany Zjednoczone opuszczą sojusz. Myślę, że nie wie tego również sam Trump. Niezależnie jednak od tego, ziarno niepewności zostało zasiane — i nie dopiero teraz na wojnie w Iranie, lecz już wcześniej, podczas sporu o Grenlandię. Cała awantura wokół Grenlandii, w większym lub mniejszym stopniu, uświadomiła państwom europejskim, że jeszcze niedawni sojusznicy mogą wkrótce stanąć naprzeciw siebie na polu bitwy. Na szczęście do tego nie doszło i miejmy nadzieję, że się nie wydarzy.
Ale już sam fakt potencjalnej możliwości uruchomił pewien proces myślowy. Prawdopodobnie przebiega on różnie w różnych kręgach Europy. Chwilami przybiera formy karykaturalne. Dla przykładu, słuchając wypowiedzi ministra obrony Władysław Kosiniak-Kamysz, można odnieść wrażenie, że próbuje nas przekonać, iż nic się nie stało i że sojusz jest niezmiennie bardzo silny. Przez sympatię dla „tygryska” – nomen omen – retorycznie zapytam: czy Kamysz wierzy w to, co mówi Kosiniak?
Z naszej perspektywy wojna w Iranie, choć niewątpliwie niesie ze sobą ewidentne konsekwencje ekonomiczne dla gospodarki polskiej, w odczuciu społecznym nie stanowi bezpośredniego zagrożenia — a przynajmniej nie w takiej skali, jaką wywołuje obawa o rozwój sytuacji na froncie rosyjsko-ukraińskim. Pojawia się bowiem niepokój, że chwiejny sojusz NATO może ośmielić Federację Rosyjską do przetestowania jego spójności, na przykład poprzez punktowe ataki na terytorium państw bałtyckich czy Polski. A w przypadku powodzenia takiego testu — czyli niezdania próby lojalności i solidarności przez państwa członkowskie NATO — może to skłonić Rosję do podjęcia kroków dalszych, a w skrajnym scenariuszu do bezpośredniego ataku na państwa bałtyckie lub Polskę.
Przywołany przeze mnie wyżej Antonii Dudek powiada: „Jestem tu optymistą. Ja uważam, że generalnie Putin gdyby miał nas atakować, to musi rozwiązać problem ukraiński. A dopóki problem ukraiński jest nierozwiązany, dopóki Ukraina się broni, tak długo jesteśmy bezpieczni” („Dudek o Polityce”, w: Super Express, 03 kwietnia 2026).
W środowiskach akademickich od dłuższego czasu trwa debata na temat racjonalności lub nieracjonalności mechanizmów rządzących polityką zagraniczną. Wydaje się, że w tej dyskusji częściej podkreśla się przekonanie, iż mechanizmy polityki międzynarodowej cechuje dynamika irracjonalna, co sprawia, że decyzje polityków i ich konsekwencje są trudne do przewidzenia.
Z tym podejściem polemizują John J. Mearsheimer i Sebastian Rosato („Jak myślą państwa? Racjonalność w polityce zagranicznej”), Ich zdaniem wiele kluczowych decyzji politycznych jawi się społeczeństwu jako rezultat irracjonalności, uprzedzeń lub błędnej percepcji rzeczywistości. Mearsheimer i Rosato sprzeciwiają się jednak takiemu postrzeganiu procesów politycznych i proponują własną, precyzyjną definicję racjonalności w polityce zagranicznej, która ma pokazać, że nawet bardzo ryzykowne lub ostatecznie katastrofalne decyzje państw mogą być racjonalne w sensie strategicznym.
Mearsheimer i Rosato starają się wykazać, że mechanizmy polityki międzynarodowej mają charakter racjonalny i są w pewnym stopniu przewidywalne. Twierdzą oni, że na decyzje polityków wpływają dwie przesłanki: aktualny stan wiedzy oraz sposób postrzegania świata, który jest przejawem ich racjonalności. I nawet jeśli finał danej aktywności politycznej przynosi opłakane skutki, nie oznacza to, że jej przebieg był wynikiem irracjonalnego rozumowania. Przeciwnie — działania te mogły być w pełni racjonalne, lecz, używając nieco języka logiki, wynikały z błędnych przesłanek i w konsekwencji doprowadziły do fałszywych wniosków i negatywnych konsekwencji.
Trudno nie zgodzić się z autorami, że w międzynarodowych relacjach kluczowa jest związek między wiedzą poszczególnych polityków a ich racjonalnym sposobem interpretowania świata. Nie mniej jednak może się zdarzyć tak, że np. Donald Trump dysponuje innym zasobem informacji i innym rozumieniem sytuacji niż politycy polscy. W obu przypadkach osoby te działają racjonalnie w oparciu o swoją wiedzę i swoje schematy myślowe, ale ich racjonalności nie są ze sobą koherentne.
W rezultacie nawet jeśli każdy uczestnik gry międzynarodowej kieruje się racjonalnością, może się okazać, że te racjonalności nie spotykają się w tym samym miejscu. To z kolei prowadzi do działań, które strony postrzegają jako nieracjonalne, niezrozumiałe, wręcz niebezpieczne ze względu na swoją niezrozumiałość, a w konsekwencji — do konfliktów.
Podsumowując, można dojść do wniosku, że w rzeczywistości niewiele wiemy. Nie wiemy, jakie decyzje podejmą politycy amerykańscy ani jak zareagują na nie politycy europejscy. Nie znamy też planów kierownictwa Federacji Rosyjskiej. Może to prowadzić do wniosku, że pozostaje nam jedynie czekać i obserwować rozwój wydarzeń.
Ale czy w tej sytuacji rzeczywiście powinniśmy czekać na to, jakie decyzje podejmą inni? Czy rzeczywiście potrzebujemy to wiedzieć, żeby móc podjąć jakiekolwiek działania?Zastanawia bowiem, czy polskie władze, biorąc pod uwagę wszystkie zmienne i niepewności, nie mogłyby dążyć do jak największej samowystarczalności (autarkia – αὐτάρκεια). Oczywiście Polska nie jest w stanie z dnia na dzień wytworzyć sprzętu wojskowego gwarantującego bezpieczeństwo kraju, ale być może warto rozważyć rozpoczęcie „kopiowania” technologii wojskowych. Niezależnie od, mówiąc oględnie, „rodzaju umów”, celem byłoby jak najszybsze stworzenie krajowych zamienników i wytworzenie sprzętu zwiększającego szanse obrony państwa.
Słuchając czasem wystąpień przedstawicieli rządu, którzy chwalą się zakupem tego czy innego uzbrojenia, budową fabryki za kilka lat, uzyskaniem licencji lub technologii dopiero w odległej perspektywie, dochodzimy do wniosku, że w praktyce będziemy czekać w nieskończoność.
Trudno jednak oczekiwać, że potencjalny wróg będzie na tyle „uprzejmy”, by poczekać, aż zdobędziemy wszystkie niezbędne licencje i kompetencje technologiczne pozwalające produkować broń w odpowiedniej ilości. Jeśli więc słowa premiera o tym, że żyjemy w okresie przedwojennym, należy traktować poważnie, nasuwa się pytanie: na co właściwie jeszcze czekamy?
Jeszcze do niedawna jakiekolwiek zachowanie Donalda Trumpa, każda jego decyzja budziły nie tylko strach, zamęt i panikę — zwłaszcza w europejskich elitach politycznych — lecz przede wszystkim powodowały wręcz służalcze i nadgorliwe posłuszeństwo jego woli.
Ostatnie jednak symboliczne porażki, takie jak decyzja Chin, które postawiły się USA w sprawie ceł i zignorowały groźby prezydenta, postawa Iranu, który absolutnie nic sobie nie robi z amerykańskich gróźb i stawia się militarnie wobec potencjału USA, a także sama niesłowność, jeśli można się tak wyrazić, Donalda Trumpa — czyli rzucanie groźb bez pokrycia — spowodowały utratę autorytetu Stanów Zjednoczonych.
Nie chodzi tu jednak o autorytet w sensie moralnej presji, lecz o realny strach, który dotychczas wymuszał posłuszeństwo wobec decyzji USA. Bariera strachu pękła. Decyzje rządów Hiszpanii, Francji i Włoch, które odmówiły zgody na przeloty i międzylądowania sił amerykańskich, są jedynie echem tych wcześniejszych wydarzeń.
Największym problemem, z którym będzie musiał zmierzyć się prezydent Trump, nie jest sama porażka militarna w Iraku, lecz fakt, że wola Stanów Zjednoczonych nie będzie już brana poważnie. Strach przed Amerykanami przestał funkcjonować jako narzędzie polityczne. W efekcie wszystkie cele, które wcześniej można było osiągnąć dzięki współpracy i sojuszniczym negocjacjom, teraz będą wymagały płacenia wysokiej ceny lub w ogóle nie zostaną osiągnięte.
Ten proces może prowadzić do paraliżu amerykańskiej dyplomacji. Do europejskich, a w szerszym ujęciu także światowych elit politycznych dociera jedna prawda: „Amerykanie, jeśli nie zgodzimy się na wasze żądania, to co nam zrobicie? Czy użyjecie wobec nas bomby atomowej? Czy zrzucicie broń na cały świat?”.
Okazuje się, że nawet broń atomowa nie jest już wystarczającym narzędziem do wymuszenia posłuszeństwa, a samodzielna polityka ekonomiczna i militarna innych państw skutecznie podważa dawny autorytet USA.
Ten proces będzie postępował niczym efekt domina. Czy można go zatrzymać? Na pewno. Ale czy uda się to Trumpowi? Wydaje się to wątpliwe. Nie dlatego, że jest to niemożliwe, lecz dlatego, że prezydentowi brakuje fachowych doradców. Otoczył się ludźmi, których potocznie nazywa się lizusami — mówią mu to, co chce usłyszeć, ale niekoniecznie przekłada się to na realną sprawczość Stanów Zjednoczonych w świecie. A najprawdopodobniej już przestało się na nią przekładać.
Kolejne bezsensowne ataki na Iran i kolejne zniszczenia, które nie mają żadnego sensu. Aż chce się zacytować słowa rzeczniczki Białego Domu, Karoline Leavitt (White House Press Secretary), która kiedyś, jeśli pamięć mnie nie zawodzi, wypowiedziała się ze zdziwieniem graniczącym z oburzeniem, że Iran przecież przegrał wojnę, tylko nie chce przyjąć tego do wiadomości.
Teraz chciałbym się powiedzieć, że to USA przegrały wojnę, tylko nie chce przyjąć tego do wiadomości i kolejnymi bezsensownymi posunięciami próbują zaczarować rzeczywistość.
Gwoli ścisłości, Karoline Leavitt podczas konferencji prasowej 25 marca 2026 r. w Waszyngtonie wypowiedziała się następująco:
“If Iran fails to accept the reality of the current moment, if they fail to understand that they have been defeated militarily, and will continue to be, President Trump will ensure they are hit harder than they have ever been hit before.” („Jeśli Iran nie zaakceptuje rzeczywistości obecnego momentu, jeśli nie zrozumie, że został pokonany militarnie i nadal tak będzie, prezydent Trump dopilnuje, by został uderzony mocniej niż kiedykolwiek wcześniej.”).
Trump to „unleash hell” if Iran doesn’t make deal, White House says
Mr. Trump is ready to „unleash hell” on Iran if Tehran does not accept a deal to end the war in the Middle East, the White House warned on Wednesday.
„If Iran fails to accept the reality of the current moment, if they fail to understand that they have been defeated militarily and will continue to be, President Trump will ensure they are hit harder than they have ever been hit before,” Press Secretary Karoline Leavitt said in a briefing.
„President Trump does not bluff and he is prepared to unleash hell,” Leavitt said. „Iran should not miscalculate again.”
W ostatnich 72 godzinach w Stanach Zjednoczonych doszło do istotnych zmian kadrowych na najwyższych szczeblach władzy. Najważniejszym posunięciem było odwołanie prokurator generalnej Pam Bondi, kierującej Departamentem Sprawiedliwości. Według mediów powodem były utrata zaufania prezydenta oraz niezadowolenie z jej działań, m.in. w kontekście sprawy dokumentów Jeffreya Epsteina i niewystarczającej skuteczności w realizacji politycznych priorytetów.
Równocześnie ze stanowiska odwołano szefa sztabu armii USA, gen. Randy’ego George’a. Komentatorzy wskazują, że może to być część szerszych przetasowań kadrowych oraz próba wzmocnienia kontroli nad kluczowymi instytucjami państwa.
Te decyzje — zwłaszcza w kontekście poważnej porażki Donalda Trumpa, jaką stanowi niepowodzenie w polityce wobec Iranu, zarówno w wymiarze symbolicznym, jak i materialnym — można interpretować jako rodzaj politycznej ofiary przebłagalnej, historycznie określanej mianem kozła ofiarnego.
Pierwotne religijne znaczenie ofiary przebłagalnej polegało na symbolicznym oczyszczeniu wspólnoty z win i napięć poprzez przeniesienie ich na jedną istotę. W Księdze Kapłańskiej podczas Jom Kipur kozioł „przyjmował” grzechy ludu i był wypędzany na pustynię. W świecie greckim podobną funkcję pełnił tzw. pharmakos (φαρμακός) – człowiek wykluczany lub składany w ofierze w czasie kryzysu społecznego, aby przywrócić równowagę wspólnoty.
Mechanizm ten został przeniesiony na grunt polityczny. Przykładem jest los Temistoklesa w Atenach – mimo wcześniejszych zasług został wygnany, stając się symbolicznym „kozłem ofiarnym” napięć politycznych, które wymagały rozładowania poprzez wskazanie jednostki winnej.
Można zatem przypuszczać, że tak radykalne decyzje, jak odwołanie kluczowych osób w państwie, pełnią rolę kozłów ofiarnych, które mają przejąć winę i odwrócić uwagę społeczeństwa amerykańskiego od porażki samego Trumpa w wojnie z Iranem.
Niektóre amerykańskie media sugerują jednak, że obserwowane posunięcia są elementem szerszej strategii konsolidacji władzy i wzmocnienia kontroli nad kluczowymi instytucjami państwa. Niektóre źródła wskazują, że mogą nastąpić kolejne dymisje, obejmujące zarówno administrację cywilną, jak i struktury bezpieczeństwa.
Obecna sytuacja interpretowana jest przez analityków jako moment przełomowy, który może znacząco wpłynąć na funkcjonowanie amerykańskiego systemu politycznego w nadchodzących miesiącach. Najbliższe dni, a najpóźniej tygodnie, pokażą, czy działania te mają na celu jedynie przykrycie faktycznej porażki w polityce wobec Iranu, czy też — mówiąc językiem Naomi Klein — wykorzystanie ogólnego zamętu/szoku w państwie w celu jeszcze większego scentralizowania władzy w rękach prezydenta.
Innymi słowy, być może Donald Trump dąży do przeprowadzenia radykalnych zmian politycznych, które w normalnym procesie legislacyjnym nie miałyby szans powodzenia. Nie należy zapominać, że już wcześniej był blisko podobnych działań — mam tu na myśli wydarzenia na Kapitolu z 6 stycznia 2021 roku — z których ostatecznie się wycofał. Tym razem jednak może mu nie zabraknąć odwagi, aby je przeprowadzić — niezależnie od tego, co „cesarz” Trump zamierza.
Współczesna percepcja polityki i polityków w dużej mierze zależy od indywidualnej wiedzy każdego obywatela. Współcześnie informacje ze świata polityki rozchodzą się w czasie rzeczywistym, wieloma kanałami, co sprawia, że dostęp do nich — nawet jeśli próbuje się go ograniczać — jest znacznie większy niż miało to miejsce np. 100 lat temu. Tym samym rośnie świadomość społeczeństw na temat tego, co dzieje się w polityce i jak wygląda ona „od kuchni”. Niemal co chwila docierają do nas informacje, że temu lub innemu politykowi stawia się zarzuty, że ten lub tamten został prawomocnie skazany, że siedzi w więzieniu, że ci lub inni politycy dopuścili się korupcji, defraudacji i tak dalej. Nietrudno zatem zyskać wrażenie, że współczesna polityka jest czymś permanentnie złym i właściwie z dnia na dzień jest tylko gorzej.
Czy jest tak rzeczywiście, czy dawna polityka naprawdę różniła się od polityki współczesnej?
Nie każdy z nas jest historykiem, nie każdy interesuje się historią i nie każdy jest na tyle krytyczny, aby weryfikować wszystkie informacje pojawiające się we współczesnych mediach czy w książkach odnoszących się do przeszłości. Nie mówiąc już o tym, że jeśli w ogóle, to naprawdę nieliczni w swoim zakresie robią studia porównawcze, które szukałyby analogii różnic i podobieństw między procesami politycznymi sprzed stu lat i współczesnymi.
Jestem zdania, że współczesny świat polityki w swej istocie niewiele różni się od historycznego świata polityki. Różnica, jak mi się wydaje, polega na dostępności do informacji zza kulisów polityki, do możliwości oglądania polityki od kuchni. Polityka zawsze oczywiście miała swoją kuchnię, ale dostęp do tej kuchni mieli nieliczni. Społeczeństwo zapoznawało się tylko z tym, co politycy mu zgotowali, natomiast miało bardzo ograniczone możliwości obserwowania samego procesu gotowania.
W pewnym sensie może się wydawać, że są to drobiazgi o znikomym znaczeniu społecznym. Każdego dnia dociera do nas tak wiele informacji, że nie jesteśmy już w stanie ich w pełni absorbować. Owszem, od czasu do czasu media, dziennikarze czy aktywni uczestnicy mediów społecznościowych przypominają, co politycy mówili rok temu, a co robią dzisiaj. Wszechobecność możliwości nagrywania materiałów wideo, rejestrowania wypowiedzi polityków i ich zachowań stwarza warunki do ich szybkiej weryfikacji. I choć przeciętny obywatel często nie ma ani czasu, ani ochoty, by się tym zajmować, pojawiają się pasjonaci, którzy takie porównania systematycznie tworzą i upowszechniają.
Modelowym przykładem tego zjawiska jest działalność Rezo, niemieckiego twórcy internetowego, który w 2019 roku opublikował głośny materiał zatytułowany „Die Zerstörung der CDU”. W filmie tym zestawił on deklaracje polityczne z rzeczywistymi działaniami rządzących, koncentrując się przede wszystkim na partiach CDU, CSU oraz SPD. Materiał, oparty na licznych źródłach i analizach, w krótkim czasie osiągnął milionowe zasięgi (20 miliony wyświetleń; ponad 280 tysięcy komentarzy)i wywołał szeroką debatę publiczną w Niemcy. Co istotne, jego publikacja nastąpiła tuż przed wyborami do Parlament Europejski, co dodatkowo spotęgowało jego oddziaływanie.
Na dłuższą metę trudno jednoznacznie ocenić bezpośrednie skutki tego materiału, jednak można przypuszczać, że przyczynił się on do erozji zaufania wobec tradycyjnych partii politycznych, a tym samym — pośrednio — wpłynął na ich wyniki wyborcze. Jest to przykład nowego rodzaju oddziaływania, w którym jednostka, dysponująca narzędziami cyfrowymi i dostępem do informacji, może wstrząsnąć debatą publiczną i zakwestionować wiarygodność całych struktur politycznych.
Nie trzeba oczywiście odwoływać się do przykładów zagranicznych. W Polsce nie ustaje debata dotycząca „stu obietnic”, które złożyła obecnie rządząca koalicja, a z których — mówiąc oględnie — wywiązała się w bardzo ograniczonym stopniu. Są to jednak zjawiska, które można porównać do zawiedzionych oczekiwań konsumentów. Reklama obiecuje określony poziom satysfakcji z zakupionego produktu, po czym po jego nabyciu okazuje się, że doświadczenie to nie spełnia wcześniejszych zapowiedzi. Można by powiedzieć: nic nowego — to zwykła rzeczywistość konsumencka.
Problem polega jednak na tym, że ten mechanizm znajduje dziś swoje wyraźne odbicie w świecie polityki, w relacji między wyborcą a politykami. Obietnice wyborcze w swej dynamice funkcjonują jak komunikaty marketingowe, a akt głosowania przypomina decyzję zakupową, opartą na zaufaniu do przedstawionej oferty. Różnica jest jednak zasadnicza: o ile w świecie konsumenckim rozczarowanie wiąże się najwyżej z utratą pieniędzy lub komfortu, o tyle w świecie polityki jego konsekwencje dotyczą całych społeczeństw i mają znacznie głębszy, systemowy charakter.
Tę analogię można pociągnąć dalej. O ile rozczarowani konsumenci sięgają po reklamację lub ostatecznie przestają kupować produkty danej firmy, o tyle rozczarowani wyborcy mogą po prostu przestać głosować na daną partię.
Istnieje jednak zasadnicza różnica, która z każdym dniem coraz wyraźniej rysuje się na horyzoncie. Niezadowoleni klienci co do zasady nie podważają fundamentów rynku ani samej logiki gospodarki. Tymczasem rozczarowani wyborcy zaczynają kwestionować nie tylko konkretne decyzje polityków, lecz także instytucje państwa, porządek prawny oraz legitymizację przedstawicieli władzy — zarówno na poziomie centralnym, jak i samorządowym.
W tym sensie rozczarowanie polityczne ma znacznie głębszy i bardziej niebezpieczny charakter niż jego konsumencki odpowiednik. Nie kończy się ono na zmianie „dostawcy”, lecz może prowadzić do erozji zaufania wobec całego systemu. A jeśli proces ten będzie się pogłębiał, jego konsekwencją może być nie tylko apatia wyborcza, lecz także stopniowa delegitymizacja porządku polityczno-społecznego jako takiego.
Odwołam się tu do aktualnego przykładu, który — w moim przekonaniu — może stanowić jeden z impulsów dynamizujących opisany wcześniej proces. Mam na myśli wizytę prezydenta Syrii w Republice Federalnej Niemiec.
Pod koniec marca 2026 roku do Niemcy przybył z oficjalną wizytą Ahmad al-Sharaa, pełniący funkcję prezydenta Syrii w okresie przejściowym. Spotkania, które odbyły się w Berlin, w tym rozmowy z kanclerzem Friedrich Merz, dotyczyły przede wszystkim odbudowy państwa syryjskiego po latach wojny, kwestii uchodźców oraz przyszłej współpracy politycznej i gospodarczej między oboma krajami. Sama wizyta została odebrana jako znaczący sygnał zmiany w relacjach Zachodu z Syrią po upadku reżimu Baszar al-Asad w 2024 roku.
Postać Ahmada al-Sharaa budzi jednak poważne kontrowersje, które wykraczają daleko poza standardowe napięcia dyplomatyczne. Jest on powszechnie identyfikowany jako były przywódca ugrupowań zbrojnych działających podczas wojny domowej w Syrii, znany wcześniej pod pseudonimem Abu Mohammad al-Julani. W przeszłości kierował organizacją Front al-Nusra, będącą syryjską odnogą Al-Kaida, a następnie stanął na czele przekształconej struktury Hayat Tahrir al-Sham. Choć w późniejszych latach formalnie odciął się od globalnych struktur dżihadystycznych i podjął próbę przekształcenia swojego ruchu w bardziej pragmatyczny projekt polityczny, jego wcześniejsza działalność pozostaje źródłem nieufności i sprzeciwu.
Al-Sharaa był w przeszłości uznawany przez część państw, w tym Stany Zjednoczone, za osobę powiązaną z terroryzmem i znajdował się na listach poszukiwanych, między innymi przez Federalne Biuro Śledcze. Ugrupowania, którymi kierował, były oskarżane o poważne naruszenia praw człowieka, w tym brutalne działania wobec ludności cywilnej oraz represje wobec przeciwników politycznych. Nie istnieje jednak jednoznaczny wyrok międzynarodowego trybunału, który skazywałby go osobiście za zbrodnie wojenne, co sprawia, że jego odpowiedzialność pozostaje w sferze sporów politycznych, ocen moralnych i analiz ekspertów.
Wizyta syryjskiego przywódcy w Niemczech pokazuje tym samym głębokie napięcie wpisane w współczesną politykę międzynarodową, w której dawni aktorzy konfliktów zbrojnych stają się partnerami dyplomatycznymi. Dla jednych jest to wyraz politycznego realizmu i konieczności stabilizacji regionu, dla innych zaś niepokojący przykład normalizacji postaci obciążonych trudną i nie do końca rozliczoną przeszłością.
Uwzględniając powyższe okoliczności i nie wchodząc w szczegóły dotyczące czynów, o które miałby być podejrzewany prezydent Syrii, można wskazać na pewien sposób odbioru tych wydarzeń z perspektywy wyborcy. Dla części społeczeństwa płynie stąd wniosek, że ostatecznie nie ma większego znaczenia, czy ktoś jest winny, czy niewinny, ponieważ w praktyce nie chodzi o wymierzanie sprawiedliwości, ochronę słabszych czy realizację zasad moralnych, lecz przede wszystkim o interes polityczny. Sama ta konstatacja nie jest czymś nowym dla współczesnego człowieka, który często zakłada, że polityka rządzi się własnymi prawami. Nowe i bardziej niepokojące jest jednak poczucie, że normy, którym podporządkowany ma być obywatel, nie obowiązują tych, którzy je stanowią i którzy sprawują władzę.
W takim ujęciu rodzi się przekonanie, że wejście do świata polityki może oznaczać swoisty immunitet, a przynajmniej faktyczną bezkarność. Świadomość ta — jeśli będzie się pogłębiać — może prowadzić nie tyle do gwałtownych wybuchów społecznych na wzór Rewolucja francuska, choć takiego scenariusza nie można całkowicie wykluczyć, ile raczej do stopniowej erozji zaufania i lojalności wobec instytucji. Może ona objąć nie tylko obywateli, lecz także tych, którzy są odpowiedzialni za egzekwowanie prawa i utrzymanie porządku publicznego.
W konsekwencji możliwy staje się proces, w którym jednostki coraz częściej zaczynają polegać wyłącznie na własnym osądzie i własnych interesach, przestając odwoływać się do wartości uznawanych dotąd za fundament życia społecznego. Jeśli bowiem ich „apostołowie” — ustawodawcy i przedstawiciele władzy — sami ich nie respektują, wartości te tracą swoją moc wiążącą (ryba psuje się od głowy).
W takim scenariuszu może dojść nie tyle do spektakularnego załamania systemu, lecz raczej do jego powolnego, cichego osuwania się — do stopniowego, lecz wyraźnego rozpadu struktur społecznych, które tracą swoją legitymizację w oczach tych, którzy mieli je współtworzyć i podtrzymywać.
Innymi słowy, termin Dziki Zachód może w niedalekiej przyszłości nabrać nowego znaczenia — znaczenia, które przestanie odnosić się wyłącznie do historycznego doświadczenia Stanów Zjednoczonych, a zacznie opisywać także rzeczywistość współczesnej Europy.
Polska kupiła nowoczesne śmigłowce szturmowe Boeing AH-64E Apache Guardian, czyli jedne z najbardziej zaawansowanych maszyn tego typu na świecie, przeznaczone do zwalczania celów naziemnych i wsparcia wojsk lądowych. Zamówienie obejmuje 96 egzemplarzy, a jego wartość wynosi około 10 miliardów dolarów (czyli blisko 40 miliardów złotych). Dzięki tej decyzji Polska stanie się jednym z największych użytkowników Apache poza Stanami Zjednoczonymi.
Śmigłowce te są uzbrojone w szeroki zestaw nowoczesnych systemów: przeciwpancerne pociski kierowane AGM-114 Hellfire o zasięgu około 8–11 km oraz nowsze AGM-179 JAGM sięgające nawet do około 16 km, a także działko pokładowe M230 Chain Gun o zasięgu do około 3 km. Uzupełnieniem są niekierowane rakiety Hydra 70 (do ok. 8–10 km) oraz pociski powietrze–powietrze AIM-92 Stinger o zasięgu około 5–8 km. Dzięki temu Apache może skutecznie razić cele z dużej odległości, często zanim sam znajdzie się w zasięgu przeciwnika.
Nie wiemy dokładnie, dlaczego kupiliśmy te śmigłowce. A jeśli ktoś zna rzeczywiste powody, to zapewne bardzo nieliczni. W moim odczuciu jednak istotną rolę odegrały — przynajmniej częściowo — polskie kompleksy. Wydaje mi się, że zadziałał ten sam mechanizm, który znamy z lat 80. i 90., a który do dziś obecny jest w polskiej mentalności, zwłaszcza wśród osób podejmujących tego typu decyzje, często należących do pokolenia 50+. Mam na myśli przekonanie, że to, co pochodzi z Zachodu, jest z definicji lepsze. Że ktoś przyjeżdżający z Ameryki ma większy autorytet niż ktoś z Wrocławia. Ten sposób myślenia widoczny jest także w reklamach, gdzie polskie instytucje i firmy chętnie sięgają po język francuski czy angielski, aby podnieść prestiż swojej marki. W tym sensie zakup Apache — maszyn znanych z filmów i medialnych narracji jako symbol zwycięstwa i technologicznej dominacji — wydaje się wpisywać w tę logikę. Ich obecność miała zrobić wrażenie przede wszystkim na Polakach, nie na potencjalnych przeciwnikach. Miała przekonać opinię publiczną, że państwo działa.
Nie twierdzę przy tym, że śmigłowce tego typu nie mają żadnych zdolności bojowych — przeciwnie, mają je i z pewnością przewyższają stare konstrukcje, takie jak Mi-24D. Jednak współczesne zmiany na polu walki, widoczne szczególnie w kontekście wojny w Ukrainie, pokazują, że tego rodzaju broń w dużej mierze utraciła swój potencjał. Wystarczy spojrzeć na zasięg uzbrojenia: maksymalnie około 16 kilometrów. Tymczasem zwykłe drony FPV mogą operować na dystansie 30 kilometrów, a według niektórych źródeł nawet 50 kilometrów. Oznacza to, że operator drona może atakować śmigłowiec, pozostając poza jego zasięgiem. Istnieją też nagrania z Ukrainy pokazujące ataki dronów na śmigłowce, w tym rosyjskie maszyny Ka-52. W tym sensie Apache nie są wcale bezpieczniejsze — pozostają podatne na te same zagrożenia. Nie oznacza to, że nie są w stanie prowadzić walki, ale że relacja między kosztem a efektem staje się wątpliwa.
Za 10 miliardów dolarów, czyli około 40 miliardów złotych, można było stworzyć rozproszony system produkcji dronów, rozwijać badania i budować przewagę technologiczną w obszarze, który dziś realnie zmienia pole walki.
Powiem więcej: nie chodziłoby nawet o budowanie takich dronów, jakie dziś widzimy na polu walki, lecz o poszukiwanie zupełnie nowej formuły uzbrojenia — broni przyszłości, która przewyższa obecne rozwiązania stosowane na Ukrainie, w Izraelu czy szerzej na Bliskim Wschodzie. Chodziłoby o rozwijanie systemów zdolnych do działania na znacznie większych odległościach, rzędu 100 kilometrów, o zdolności do dłuższego czasu przebywania w powietrzu, zdolnych do stabilnego zawisu, a przy tym odpornych na zakłócenia ze strony walki elektronicznej. Innymi słowy: o odejście od kopiowania istniejących modeli na rzecz tworzenia jakościowej przewagi technologicznej.
Taka strategia oznaczałaby inwestycję nie tylko w sam sprzęt, lecz przede wszystkim w potencjał — w krajowy przemysł, w polskich inżynierów, w zaplecze badawczo-rozwojowe. Byłaby to inwestycja w Polskę jako twórcę, a nie jedynie odbiorcę technologii. Zamiast kupować gotowe rozwiązania, moglibyśmy współtworzyć przyszłość pola walki, budując kompetencje, które pozostają w kraju i pracują na jego długofalową siłę.
Zamiast tego kupiliśmy sprzęt, który — w moim odczuciu — lepiej sprawdzi się podczas defilad niż w rzeczywistej konfrontacji z nowoczesnym przeciwnikiem.
Według najnowszych doniesień Reutersa (31 marca 2026) Donald Trump rozważa zakończenie działań wojennych i miał sygnalizować swoim doradcom gotowość do ich zakończenia, ale nie jest to formalna decyzja ani ogłoszenie wycofania.
Innymi słowy, wygląda to tak, jakby Trump zamierzał ogłosić światu, że — jego zdaniem — wojnę wygrał, nie ma tam już nic do zrobienia i zabiera swoich żołnierzy.
Być może komunikat ten jest rodzajem sondowania opinii: jak zareagują rynki, ludzie, opinia publiczna i świat. Być może wynika on z bezradności lub rozpaczliwego szukania wyjścia.
Z drugiej strony nasuwa się pytanie: po co było kierowanie tam prawie 20 tysięcy żołnierzy i sprzętu, skoro nie mieliby zostać użyci, a wojna miałaby być już zakończona? Być może był to również sposób wywierania presji na Iran.
Tak czy inaczej, nawet jeśli Trump — pod byle pretekstem i bez dbania o zachowanie twarzy — wycofa swoje wojska z Bliskiego Wschodu, nie oznacza to zakończenia konfliktu. Przeciwnie, może to zapoczątkować jeszcze większą falę problemów, niż amerykański przywódca mógłby się spodziewać. Byłoby to bowiem nic innego jak przyznanie się do porażki i okazanie słabości.
Warto na marginesie odnotować, że nie tak dawno temu Amerykanom przeciwstawili się Chińczycy i Stany Zjednoczone musiały ustąpić — wtedy jednak wszystko rozegrało się na gruncie ekonomii. Teraz konflikt rozgrywa się również w wymiarze militarnym. Innymi słowy, Iran nie tylko postawił się militarnie Amerykanom, ale — w tej interpretacji — zdołał ich pokonać i zmusić do odwrotu. W takiej sytuacji Iran może zyskać pozycję zwycięzcy, a nawet bohatera. Zresztą, w moim subiektywnym odczuciu, wbrew narracjom dominującym w przestrzeni publicznej, wielu ludzi raczej sympatyzuje z Iranem, a jeśli nawet nie darzy go sympatią, to trudno im uzasadnić czy usprawiedliwić działania Stanów Zjednoczonych i Izraela. Iran występuje tu w roli ofiary, co naturalnie budzi emocjonalne wsparcie. Jeśli zaś odniesie zwycięstwo, może zyskać nie tylko współczucie, lecz także uznanie należne zwycięzcy. W konsekwencji może to ośmielić innych nie tylko do wspierania Iranu, ale również do otwartego przeciwstawiania się Stanom Zjednoczonym — a to może uruchomić proces, którego nie da się już zatrzymać samą propagandą.
Mówiąc inaczej, nie chodzi o to, ile pieniędzy, sprzętu wojskowego i żołnierzy Stany Zjednoczone stracą w tym konflikcie. Mogą stracić coś znacznie ważniejszego — strach, który dotąd stanowił fundament ich siły oddziaływania. Jeśli ten element zniknie, inni zobaczą, że można się im przeciwstawić i niekoniecznie przegrać. Innymi słowy, „waluta strachu”, na której opierała się dominacja oparta m.in. na petrodolarze, może przestać być wiarygodna, a tym samym utracić swoją skuteczność jako narzędzie wpływu.
Iran zatem – wracając do głównego wątku – może poczuć się ośmielony — tą sytuacją i potencjalnym zwycięstwem — i zacząć dyktować swoje warunki na Bliskim Wschodzie. Mało prawdopodobne jest również, by tak po prostu otworzył cieśninę Ormuz. Bardziej realny scenariusz zakłada, że zacznie czerpać z tego stałe korzyści finansowe, kontrolując przepływ i wywierając presję na państwa regionu.
Może także ograniczać działania Izraela i Stanów Zjednoczonych oraz powiązanych z nimi flot. Innych uczestników zmusi natomiast do ponoszenia kosztów – płacenia „myta”.
Cały dramat sytuacji, którą stworzył Donald Trump, polega na tym, że nie tylko nie ma z niej łatwego wyjścia, ale wręcz nie da się z niej po prostu uciec. Nie można kogoś napaść, pobić, zniszczyć czy zabić, a następnie powiedzieć: „OK, nic się nie stało, wracamy do domu. Wszystkiego dobrego”. Tym razem może się to nie udać. W przeszłości wielokrotnie się to Amerykanom udawało — choć oczywiście płacili za to niemałą cenę — tym razem jednak cena ta może okazać się znacznie wyższa. Iran może wystawić rachunek, którego nie będą już w stanie zapłacić.
W obliczu gwałtownej eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie pojawiły się doniesienia o możliwych atakach na uczelnie wyższe. Irański Korpus Strażników Rewolucji (IRGC) ostrzegł, że uniwersytety powiązane z USA i Izraelem w regionie mogą stać się „legalnymi celami” w odpowiedzi na wcześniejsze uderzenia, które – według Teheranu – dotknęły także instytucje akademickie w Iranie.
W niektórych przekazach pojawia się również informacja o warunkowym ultimatum wobec Waszyngtonu, uzależniającym odstąpienie od ataków od oficjalnego potępienia tych działań. Na obecnym etapie są to jednak przede wszystkim groźby i element presji polityczno-wojskowej, a nie potwierdzone działania. Oznacza to, że choć ryzyko uderzeń na uczelnie w regionie realnie wzrosło, nie ma pewności, że Iran faktycznie przeprowadzi takie ataki – wiele zależy od dalszego rozwoju konfliktu i reakcji USA oraz Izraela.