Nowy Dziki Zachód. Ciche pękanie świata polityki

Współczesna percepcja polityki i polityków w dużej mierze zależy od indywidualnej wiedzy każdego obywatela. Współcześnie informacje ze świata polityki rozchodzą się w czasie rzeczywistym, wieloma kanałami, co sprawia, że dostęp do nich — nawet jeśli próbuje się go ograniczać — jest znacznie większy niż miało to miejsce np. 100 lat temu. Tym samym rośnie świadomość społeczeństw na temat tego, co dzieje się w polityce i jak wygląda ona „od kuchni”. Niemal co chwila docierają do nas informacje, że temu lub innemu politykowi stawia się zarzuty, że ten lub tamten został prawomocnie skazany, że siedzi w więzieniu, że ci lub inni politycy dopuścili się korupcji, defraudacji i tak dalej. Nietrudno zatem zyskać wrażenie, że współczesna polityka jest czymś permanentnie złym i właściwie z dnia na dzień jest tylko gorzej.

Czy jest tak rzeczywiście, czy dawna polityka naprawdę różniła się od polityki współczesnej?

Nie każdy z nas jest historykiem, nie każdy interesuje się historią i nie każdy jest na tyle krytyczny, aby weryfikować wszystkie informacje pojawiające się we współczesnych mediach czy w książkach odnoszących się do przeszłości. Nie mówiąc już o tym, że jeśli w ogóle, to naprawdę nieliczni w swoim zakresie robią studia porównawcze, które szukałyby analogii różnic i podobieństw między procesami politycznymi sprzed stu lat i współczesnymi.

Jestem zdania, że współczesny świat polityki w swej istocie niewiele różni się od historycznego świata polityki. Różnica, jak mi się wydaje, polega na dostępności do informacji zza kulisów polityki, do możliwości oglądania polityki od kuchni. Polityka zawsze oczywiście miała swoją kuchnię, ale dostęp do tej kuchni mieli nieliczni. Społeczeństwo zapoznawało się tylko z tym, co politycy mu zgotowali, natomiast miało bardzo ograniczone możliwości obserwowania samego procesu gotowania.

W pewnym sensie może się wydawać, że są to drobiazgi o znikomym znaczeniu społecznym. Każdego dnia dociera do nas tak wiele informacji, że nie jesteśmy już w stanie ich w pełni absorbować. Owszem, od czasu do czasu media, dziennikarze czy aktywni uczestnicy mediów społecznościowych przypominają, co politycy mówili rok temu, a co robią dzisiaj. Wszechobecność możliwości nagrywania materiałów wideo, rejestrowania wypowiedzi polityków i ich zachowań stwarza warunki do ich szybkiej weryfikacji. I choć przeciętny obywatel często nie ma ani czasu, ani ochoty, by się tym zajmować, pojawiają się pasjonaci, którzy takie porównania systematycznie tworzą i upowszechniają.

Modelowym przykładem tego zjawiska jest działalność Rezo, niemieckiego twórcy internetowego, który w 2019 roku opublikował głośny materiał zatytułowany „Die Zerstörung der CDU”. W filmie tym zestawił on deklaracje polityczne z rzeczywistymi działaniami rządzących, koncentrując się przede wszystkim na partiach CDU, CSU oraz SPD. Materiał, oparty na licznych źródłach i analizach, w krótkim czasie osiągnął milionowe zasięgi (20 miliony wyświetleń; ponad 280 tysięcy komentarzy)i wywołał szeroką debatę publiczną w Niemcy. Co istotne, jego publikacja nastąpiła tuż przed wyborami do Parlament Europejski, co dodatkowo spotęgowało jego oddziaływanie.

Na dłuższą metę trudno jednoznacznie ocenić bezpośrednie skutki tego materiału, jednak można przypuszczać, że przyczynił się on do erozji zaufania wobec tradycyjnych partii politycznych, a tym samym — pośrednio — wpłynął na ich wyniki wyborcze. Jest to przykład nowego rodzaju oddziaływania, w którym jednostka, dysponująca narzędziami cyfrowymi i dostępem do informacji, może wstrząsnąć debatą publiczną i zakwestionować wiarygodność całych struktur politycznych.

Nie trzeba oczywiście odwoływać się do przykładów zagranicznych. W Polsce nie ustaje debata dotycząca „stu obietnic”, które złożyła obecnie rządząca koalicja, a z których — mówiąc oględnie — wywiązała się w bardzo ograniczonym stopniu. Są to jednak zjawiska, które można porównać do zawiedzionych oczekiwań konsumentów. Reklama obiecuje określony poziom satysfakcji z zakupionego produktu, po czym po jego nabyciu okazuje się, że doświadczenie to nie spełnia wcześniejszych zapowiedzi. Można by powiedzieć: nic nowego — to zwykła rzeczywistość konsumencka.

Problem polega jednak na tym, że ten mechanizm znajduje dziś swoje wyraźne odbicie w świecie polityki, w relacji między wyborcą a politykami. Obietnice wyborcze w swej dynamice funkcjonują jak komunikaty marketingowe, a akt głosowania przypomina decyzję zakupową, opartą na zaufaniu do przedstawionej oferty. Różnica jest jednak zasadnicza: o ile w świecie konsumenckim rozczarowanie wiąże się najwyżej z utratą pieniędzy lub komfortu, o tyle w świecie polityki jego konsekwencje dotyczą całych społeczeństw i mają znacznie głębszy, systemowy charakter.

Tę analogię można pociągnąć dalej. O ile rozczarowani konsumenci sięgają po reklamację lub ostatecznie przestają kupować produkty danej firmy, o tyle rozczarowani wyborcy mogą po prostu przestać głosować na daną partię.

Istnieje jednak zasadnicza różnica, która z każdym dniem coraz wyraźniej rysuje się na horyzoncie. Niezadowoleni klienci co do zasady nie podważają fundamentów rynku ani samej logiki gospodarki. Tymczasem rozczarowani wyborcy zaczynają kwestionować nie tylko konkretne decyzje polityków, lecz także instytucje państwa, porządek prawny oraz legitymizację przedstawicieli władzy — zarówno na poziomie centralnym, jak i samorządowym.

W tym sensie rozczarowanie polityczne ma znacznie głębszy i bardziej niebezpieczny charakter niż jego konsumencki odpowiednik. Nie kończy się ono na zmianie „dostawcy”, lecz może prowadzić do erozji zaufania wobec całego systemu. A jeśli proces ten będzie się pogłębiał, jego konsekwencją może być nie tylko apatia wyborcza, lecz także stopniowa delegitymizacja porządku polityczno-społecznego jako takiego.

Odwołam się tu do aktualnego przykładu, który — w moim przekonaniu — może stanowić jeden z impulsów dynamizujących opisany wcześniej proces. Mam na myśli wizytę prezydenta Syrii w Republice Federalnej Niemiec.

Pod koniec marca 2026 roku do Niemcy przybył z oficjalną wizytą Ahmad al-Sharaa, pełniący funkcję prezydenta Syrii w okresie przejściowym. Spotkania, które odbyły się w Berlin, w tym rozmowy z kanclerzem Friedrich Merz, dotyczyły przede wszystkim odbudowy państwa syryjskiego po latach wojny, kwestii uchodźców oraz przyszłej współpracy politycznej i gospodarczej między oboma krajami. Sama wizyta została odebrana jako znaczący sygnał zmiany w relacjach Zachodu z Syrią po upadku reżimu Baszar al-Asad w 2024 roku.

Postać Ahmada al-Sharaa budzi jednak poważne kontrowersje, które wykraczają daleko poza standardowe napięcia dyplomatyczne. Jest on powszechnie identyfikowany jako były przywódca ugrupowań zbrojnych działających podczas wojny domowej w Syrii, znany wcześniej pod pseudonimem Abu Mohammad al-Julani. W przeszłości kierował organizacją Front al-Nusra, będącą syryjską odnogą Al-Kaida, a następnie stanął na czele przekształconej struktury Hayat Tahrir al-Sham. Choć w późniejszych latach formalnie odciął się od globalnych struktur dżihadystycznych i podjął próbę przekształcenia swojego ruchu w bardziej pragmatyczny projekt polityczny, jego wcześniejsza działalność pozostaje źródłem nieufności i sprzeciwu.

Al-Sharaa był w przeszłości uznawany przez część państw, w tym Stany Zjednoczone, za osobę powiązaną z terroryzmem i znajdował się na listach poszukiwanych, między innymi przez Federalne Biuro Śledcze. Ugrupowania, którymi kierował, były oskarżane o poważne naruszenia praw człowieka, w tym brutalne działania wobec ludności cywilnej oraz represje wobec przeciwników politycznych. Nie istnieje jednak jednoznaczny wyrok międzynarodowego trybunału, który skazywałby go osobiście za zbrodnie wojenne, co sprawia, że jego odpowiedzialność pozostaje w sferze sporów politycznych, ocen moralnych i analiz ekspertów.

Wizyta syryjskiego przywódcy w Niemczech pokazuje tym samym głębokie napięcie wpisane w współczesną politykę międzynarodową, w której dawni aktorzy konfliktów zbrojnych stają się partnerami dyplomatycznymi. Dla jednych jest to wyraz politycznego realizmu i konieczności stabilizacji regionu, dla innych zaś niepokojący przykład normalizacji postaci obciążonych trudną i nie do końca rozliczoną przeszłością.

Uwzględniając powyższe okoliczności i nie wchodząc w szczegóły dotyczące czynów, o które miałby być podejrzewany prezydent Syrii, można wskazać na pewien sposób odbioru tych wydarzeń z perspektywy wyborcy. Dla części społeczeństwa płynie stąd wniosek, że ostatecznie nie ma większego znaczenia, czy ktoś jest winny, czy niewinny, ponieważ w praktyce nie chodzi o wymierzanie sprawiedliwości, ochronę słabszych czy realizację zasad moralnych, lecz przede wszystkim o interes polityczny. Sama ta konstatacja nie jest czymś nowym dla współczesnego człowieka, który często zakłada, że polityka rządzi się własnymi prawami. Nowe i bardziej niepokojące jest jednak poczucie, że normy, którym podporządkowany ma być obywatel, nie obowiązują tych, którzy je stanowią i którzy sprawują władzę.

W takim ujęciu rodzi się przekonanie, że wejście do świata polityki może oznaczać swoisty immunitet, a przynajmniej faktyczną bezkarność. Świadomość ta — jeśli będzie się pogłębiać — może prowadzić nie tyle do gwałtownych wybuchów społecznych na wzór Rewolucja francuska, choć takiego scenariusza nie można całkowicie wykluczyć, ile raczej do stopniowej erozji zaufania i lojalności wobec instytucji. Może ona objąć nie tylko obywateli, lecz także tych, którzy są odpowiedzialni za egzekwowanie prawa i utrzymanie porządku publicznego.

W konsekwencji możliwy staje się proces, w którym jednostki coraz częściej zaczynają polegać wyłącznie na własnym osądzie i własnych interesach, przestając odwoływać się do wartości uznawanych dotąd za fundament życia społecznego. Jeśli bowiem ich „apostołowie” — ustawodawcy i przedstawiciele władzy — sami ich nie respektują, wartości te tracą swoją moc wiążącą (ryba psuje się od głowy).

W takim scenariuszu może dojść nie tyle do spektakularnego załamania systemu, lecz raczej do jego powolnego, cichego osuwania się — do stopniowego, lecz wyraźnego rozpadu struktur społecznych, które tracą swoją legitymizację w oczach tych, którzy mieli je współtworzyć i podtrzymywać.

Innymi słowy, termin Dziki Zachód może w niedalekiej przyszłości nabrać nowego znaczenia — znaczenia, które przestanie odnosić się wyłącznie do historycznego doświadczenia Stanów Zjednoczonych, a zacznie opisywać także rzeczywistość współczesnej Europy.

Grafiak: AI

Źródła zdjęć:

https://wyborcza.pl/7,75399,32390242,donald-trump-spotkal-sie-z-syryjskim-prezydentem-islamista.html

https://wiadomosci.onet.pl/swiat/byly-terrorysta-przyjmowany-z-honorami-w-niemczech-jest-im-potrzebny/eee4nz3

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *