Śmigłowce z przeszłości na wojnę przyszłości

Polska kupiła nowoczesne śmigłowce szturmowe Boeing AH-64E Apache Guardian, czyli jedne z najbardziej zaawansowanych maszyn tego typu na świecie, przeznaczone do zwalczania celów naziemnych i wsparcia wojsk lądowych. Zamówienie obejmuje 96 egzemplarzy, a jego wartość wynosi około 10 miliardów dolarów (czyli blisko 40 miliardów złotych). Dzięki tej decyzji Polska stanie się jednym z największych użytkowników Apache poza Stanami Zjednoczonymi.

Śmigłowce te są uzbrojone w szeroki zestaw nowoczesnych systemów: przeciwpancerne pociski kierowane AGM-114 Hellfire o zasięgu około 8–11 km oraz nowsze AGM-179 JAGM sięgające nawet do około 16 km, a także działko pokładowe M230 Chain Gun o zasięgu do około 3 km. Uzupełnieniem są niekierowane rakiety Hydra 70 (do ok. 8–10 km) oraz pociski powietrze–powietrze AIM-92 Stinger o zasięgu około 5–8 km. Dzięki temu Apache może skutecznie razić cele z dużej odległości, często zanim sam znajdzie się w zasięgu przeciwnika.

Nie wiemy dokładnie, dlaczego kupiliśmy te śmigłowce. A jeśli ktoś zna rzeczywiste powody, to zapewne bardzo nieliczni. W moim odczuciu jednak istotną rolę odegrały — przynajmniej częściowo — polskie kompleksy. Wydaje mi się, że zadziałał ten sam mechanizm, który znamy z lat 80. i 90., a który do dziś obecny jest w polskiej mentalności, zwłaszcza wśród osób podejmujących tego typu decyzje, często należących do pokolenia 50+. Mam na myśli przekonanie, że to, co pochodzi z Zachodu, jest z definicji lepsze. Że ktoś przyjeżdżający z Ameryki ma większy autorytet niż ktoś z Wrocławia. Ten sposób myślenia widoczny jest także w reklamach, gdzie polskie instytucje i firmy chętnie sięgają po język francuski czy angielski, aby podnieść prestiż swojej marki. W tym sensie zakup Apache — maszyn znanych z filmów i medialnych narracji jako symbol zwycięstwa i technologicznej dominacji — wydaje się wpisywać w tę logikę. Ich obecność miała zrobić wrażenie przede wszystkim na Polakach, nie na potencjalnych przeciwnikach. Miała przekonać opinię publiczną, że państwo działa.

Nie twierdzę przy tym, że śmigłowce tego typu nie mają żadnych zdolności bojowych — przeciwnie, mają je i z pewnością przewyższają stare konstrukcje, takie jak Mi-24D. Jednak współczesne zmiany na polu walki, widoczne szczególnie w kontekście wojny w Ukrainie, pokazują, że tego rodzaju broń w dużej mierze utraciła swój potencjał. Wystarczy spojrzeć na zasięg uzbrojenia: maksymalnie około 16 kilometrów. Tymczasem zwykłe drony FPV mogą operować na dystansie 30 kilometrów, a według niektórych źródeł nawet 50 kilometrów. Oznacza to, że operator drona może atakować śmigłowiec, pozostając poza jego zasięgiem. Istnieją też nagrania z Ukrainy pokazujące ataki dronów na śmigłowce, w tym rosyjskie maszyny Ka-52. W tym sensie Apache nie są wcale bezpieczniejsze — pozostają podatne na te same zagrożenia. Nie oznacza to, że nie są w stanie prowadzić walki, ale że relacja między kosztem a efektem staje się wątpliwa.

Za 10 miliardów dolarów, czyli około 40 miliardów złotych, można było stworzyć rozproszony system produkcji dronów, rozwijać badania i budować przewagę technologiczną w obszarze, który dziś realnie zmienia pole walki.

Powiem więcej: nie chodziłoby nawet o budowanie takich dronów, jakie dziś widzimy na polu walki, lecz o poszukiwanie zupełnie nowej formuły uzbrojenia — broni przyszłości, która przewyższa obecne rozwiązania stosowane na Ukrainie, w Izraelu czy szerzej na Bliskim Wschodzie. Chodziłoby o rozwijanie systemów zdolnych do działania na znacznie większych odległościach, rzędu 100 kilometrów, o zdolności do dłuższego czasu przebywania w powietrzu, zdolnych do stabilnego zawisu, a przy tym odpornych na zakłócenia ze strony walki elektronicznej. Innymi słowy: o odejście od kopiowania istniejących modeli na rzecz tworzenia jakościowej przewagi technologicznej.

Taka strategia oznaczałaby inwestycję nie tylko w sam sprzęt, lecz przede wszystkim w potencjał — w krajowy przemysł, w polskich inżynierów, w zaplecze badawczo-rozwojowe. Byłaby to inwestycja w Polskę jako twórcę, a nie jedynie odbiorcę technologii. Zamiast kupować gotowe rozwiązania, moglibyśmy współtworzyć przyszłość pola walki, budując kompetencje, które pozostają w kraju i pracują na jego długofalową siłę.

Zamiast tego kupiliśmy sprzęt, który — w moim odczuciu — lepiej sprawdzi się podczas defilad niż w rzeczywistej konfrontacji z nowoczesnym przeciwnikiem.

Źródło: https://wm.pl/artykul/polska-w-centrum-nowoczesnej-n2248797

Grafika AI

Koniec strachu przed Ameryką? Wojna, której nie da się wygrać.

Według najnowszych doniesień Reutersa (31 marca 2026) Donald Trump rozważa zakończenie działań wojennych i miał sygnalizować swoim doradcom gotowość do ich zakończenia, ale nie jest to formalna decyzja ani ogłoszenie wycofania.

Innymi słowy, wygląda to tak, jakby Trump zamierzał ogłosić światu, że — jego zdaniem — wojnę wygrał, nie ma tam już nic do zrobienia i zabiera swoich żołnierzy.

Być może komunikat ten jest rodzajem sondowania opinii: jak zareagują rynki, ludzie, opinia publiczna i świat. Być może wynika on z bezradności lub rozpaczliwego szukania wyjścia.

Z drugiej strony nasuwa się pytanie: po co było kierowanie tam prawie 20 tysięcy żołnierzy i sprzętu, skoro nie mieliby zostać użyci, a wojna miałaby być już zakończona? Być może był to również sposób wywierania presji na Iran.

Tak czy inaczej, nawet jeśli Trump — pod byle pretekstem i bez dbania o zachowanie twarzy — wycofa swoje wojska z Bliskiego Wschodu, nie oznacza to zakończenia konfliktu. Przeciwnie, może to zapoczątkować jeszcze większą falę problemów, niż amerykański przywódca mógłby się spodziewać. Byłoby to bowiem nic innego jak przyznanie się do porażki i okazanie słabości.

Warto na marginesie odnotować, że nie tak dawno temu Amerykanom przeciwstawili się Chińczycy i Stany Zjednoczone musiały ustąpić — wtedy jednak wszystko rozegrało się na gruncie ekonomii. Teraz konflikt rozgrywa się również w wymiarze militarnym. Innymi słowy, Iran nie tylko postawił się militarnie Amerykanom, ale — w tej interpretacji — zdołał ich pokonać i zmusić do odwrotu. W takiej sytuacji Iran może zyskać pozycję zwycięzcy, a nawet bohatera. Zresztą, w moim subiektywnym odczuciu, wbrew narracjom dominującym w przestrzeni publicznej, wielu ludzi raczej sympatyzuje z Iranem, a jeśli nawet nie darzy go sympatią, to trudno im uzasadnić czy usprawiedliwić działania Stanów Zjednoczonych i Izraela. Iran występuje tu w roli ofiary, co naturalnie budzi emocjonalne wsparcie. Jeśli zaś odniesie zwycięstwo, może zyskać nie tylko współczucie, lecz także uznanie należne zwycięzcy. W konsekwencji może to ośmielić innych nie tylko do wspierania Iranu, ale również do otwartego przeciwstawiania się Stanom Zjednoczonym — a to może uruchomić proces, którego nie da się już zatrzymać samą propagandą.

Mówiąc inaczej, nie chodzi o to, ile pieniędzy, sprzętu wojskowego i żołnierzy Stany Zjednoczone stracą w tym konflikcie. Mogą stracić coś znacznie ważniejszego — strach, który dotąd stanowił fundament ich siły oddziaływania. Jeśli ten element zniknie, inni zobaczą, że można się im przeciwstawić i niekoniecznie przegrać. Innymi słowy, „waluta strachu”, na której opierała się dominacja oparta m.in. na petrodolarze, może przestać być wiarygodna, a tym samym utracić swoją skuteczność jako narzędzie wpływu.

Iran zatem – wracając do głównego wątku – może poczuć się ośmielony — tą sytuacją i potencjalnym zwycięstwem — i zacząć dyktować swoje warunki na Bliskim Wschodzie. Mało prawdopodobne jest również, by tak po prostu otworzył cieśninę Ormuz. Bardziej realny scenariusz zakłada, że zacznie czerpać z tego stałe korzyści finansowe, kontrolując przepływ i wywierając presję na państwa regionu.

Może także ograniczać działania Izraela i Stanów Zjednoczonych oraz powiązanych z nimi flot. Innych uczestników zmusi natomiast do ponoszenia kosztów – płacenia „myta”.

Cały dramat sytuacji, którą stworzył Donald Trump, polega na tym, że nie tylko nie ma z niej łatwego wyjścia, ale wręcz nie da się z niej po prostu uciec. Nie można kogoś napaść, pobić, zniszczyć czy zabić, a następnie powiedzieć: „OK, nic się nie stało, wracamy do domu. Wszystkiego dobrego”. Tym razem może się to nie udać. W przeszłości wielokrotnie się to Amerykanom udawało — choć oczywiście płacili za to niemałą cenę — tym razem jednak cena ta może okazać się znacznie wyższa. Iran może wystawić rachunek, którego nie będą już w stanie zapłacić.

Źródło:

https://www.reuters.com/business/energy/giant-oil-tanker-off-dubai-hit-by-iranian-strike-trump-threatens-obliterate-iran-2026-03-31

Grafika: AI

Operacja pustynny potop?

Chyba we wszystkich mediach słychać dziś dyskusję na temat tego, czy Stany Zjednoczone przeprowadzą atak lądowy, a jeśli tak – to gdzie. Mówi się o kilku możliwych scenariuszach. W rzeczywistości jednak nikt nie wie, co wydarzy się w najbliższych dniach: czy Amerykanie zaatakują, gdzie i w jaki sposób.

Ale w pewnym sensie nie ma to decydującego znaczenia. Kluczowe będzie coś innego. Jeśli Donald Trump rzeczywiście chciałby wycofać się z konfliktu w Iranie „z twarzą”, potrzebuje przede wszystkim zwycięstwa symbolicznego. Nie musi to być działanie spektakularne ani na dużą skalę taktyczną – wystarczy, że będzie wiarygodne i czytelne politycznie. Innymi słowy, skala potencjalnego ataku jest tutaj wtórna: nie musi być duża, by osiągnąć efekt, który można nazwać symbolicznym zwycięstwem.

Jeżeli jednak Trump zdecydowałby się na działanie wykraczające poza tę logikę symboliki – na przykład na duży atak lądowy – wówczas istnieje poważne ryzyko ugrzęźnięcia w Iranie i ostatecznej porażki. Taki scenariusz wiązałby się z realnymi stratami, najprawdopodobniej znacznymi stratami wśród amerykańskich żołnierzy. A nie można rozpocząć operacji, ponieść strat i po prostu się wycofać, uznając sprawę za zakończoną. To uruchamia inną dynamikę – dynamikę odwetu. Za jednym atakiem idzie kolejny, potem następny, aż powstaje łańcuch decyzji i konsekwencji przypominający wciągające „pustynne bagno”, z którego coraz trudniej będzie się wydobyć.

W takim scenariuszu konflikt zaczyna przypominać sytuacje znane z przeszłości – długotrwałe zaangażowanie w warunki, których nie da się w pełni kontrolować. Iran jest państwem większym niż Afganistan i Irak – zarówno pod względem terytorium, jak i potencjału. Nawet gdyby udało się opanować część jego obszaru, nie wyeliminowałoby to wojny partyzanckiej, która – jak pokazuje historia – bywa dla okupanta równie, a czasem bardziej wyniszczająca niż otwarta konfrontacja.

Nawet jeśli po latach doszłoby do wycofania, podobnie jak w Afganistanie, byłoby ono odczytywane jako porażka. W moim odczuciu jednak tak długi scenariusz jest mało prawdopodobny – bardziej realna wydaje się szybka eskalacja trudności i konieczność wycofania się pod presją wydarzeń.

Konsekwencje takiej sytuacji mogłyby być poważne. W wymiarze symbolicznym oznaczałoby to osłabienie pozycji Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, a w wymiarze realnym – ograniczenie ich wpływów w regionie. To z kolei mogłoby doprowadzić do stopniowego przeorientowania się państw regionu i zmiany układu sił.

Nie można też wykluczyć, że pośrednio wpłynęłoby to na sytuację Izraela. Nawet bez bezpośredniego ataku ze strony innych państw, sama zmiana percepcji – przekonanie, że wsparcie USA nie jest już tak pewne – mogłaby zachęcić różne podmioty do testowania jego pozycji, choćby poprzez działania pośrednie czy wsparcie dla aktorów nieregularnych.

To, jakie byłyby dalsze konsekwencje, trudno dziś jednoznacznie przewidzieć. Wiele zależy od konkretnych decyzji politycznych i ich skali. Kluczowe pozostaje pytanie: czy działania pozostaną w ramach ograniczonej demonstracji siły, czy też przekroczą próg, po którym zaczyna się niekontrolowana eskalacja.

Niezależnie jednak od tego, czy dojdzie do ataku lądowego, czy nie, można odnieść wrażenie, że pewien proces już się rozpoczął – proces stopniowego osłabiania zaufania do Stanów Zjednoczonych jako przewidywalnego partnera. Jednym z momentów, które mogły go zainicjować, była deklaracja dotycząca możliwości przejęcia Grenlandii siłą. Już sama jej artykulacja sprawiła, że wśród sojuszników pojawiły się pytania o granice amerykańskiej polityki.

Może to prowadzić do powolnego, ale systematycznego zwiększania dystansu między USA a Europą. Nie musi to oznaczać gwałtownego rozpadu sojuszy, ale raczej ich stopniowe rozluźnianie: większą ostrożność, dywersyfikację współpracy i ograniczanie zależności w obszarach strategicznych, takich jak obronność.

Ostatecznie więc kluczowe pozostaje nie tylko to, czy dojdzie do ataku, ale przede wszystkim – jaka będzie jego skala, logika i zdolność do kontrolowania jego konsekwencji. To właśnie te elementy zdecydują o dalszym przebiegu wydarzeń.

W moim odczuciu ciąg decyzji Donalda Trumpa, którego początek wiążę z jego deklaracjami dotyczącymi Grenlandii, uruchomił pewien ruch – swoisty dryf polityczny, którego zatrzymanie może okazać się bardzo trudne. Nawet jeśli udałoby się osiągnąć symboliczne zwycięstwo w Iranie – co, moim zdaniem, wcale nie jest przesądzone, a wręcz wydaje się mało prawdopodobne – rozpoczął się proces słabnięcia pozycji USA, przynajmniej w obrębie sojuszu północnoatlantyckiego. Nie można też wykluczyć, że jego konsekwencje sięgną szerzej, wpływając na globalną pozycję Stanów Zjednoczonych i Izraela. Nie będzie to proces gwałtowny ani jednorazowy, lecz raczej długotrwały i stopniowy, rozwijający się powoli, ale konsekwentnie.

Grafika: AI

„Małe” ultimatum Iranu mija dzisiaj?

W obliczu gwałtownej eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie pojawiły się doniesienia o możliwych atakach na uczelnie wyższe. Irański Korpus Strażników Rewolucji (IRGC) ostrzegł, że uniwersytety powiązane z USA i Izraelem w regionie mogą stać się „legalnymi celami” w odpowiedzi na wcześniejsze uderzenia, które – według Teheranu – dotknęły także instytucje akademickie w Iranie.

W niektórych przekazach pojawia się również informacja o warunkowym ultimatum wobec Waszyngtonu, uzależniającym odstąpienie od ataków od oficjalnego potępienia tych działań. Na obecnym etapie są to jednak przede wszystkim groźby i element presji polityczno-wojskowej, a nie potwierdzone działania. Oznacza to, że choć ryzyko uderzeń na uczelnie w regionie realnie wzrosło, nie ma pewności, że Iran faktycznie przeprowadzi takie ataki – wiele zależy od dalszego rozwoju konfliktu i reakcji USA oraz Izraela.

Źródła:

https://timesofoman.com/article/169996-iran-war-irgc-says-us-campuses-in-middle-east-at-risk?

https://www.theweek.in/news/middle-east/2026/03/29/iran-threatens-to-target-us-israeli-universities-urges-students-and-faculty-to-stay-away.amp.html?

https://www.wsj.com/livecoverage/iran-war-news-updates/card/israeli-military-says-it-struck-military-sites-at-tehran-university-bL3lZaUzsyDAn4edfumM?

Pękła żelazna kopuła Izraela – Iran kontratakuje

W nocy z 21 na 22 marca 2026 roku Iran przeprowadził serię ataków rakietowych na terytorium Izraela, które objęły południowe miasta Arad i Dimona, położone w pobliżu izraelskich instalacji nuklearnych. Ostrzały spowodowały dziesiątki obrażeń wśród ludności cywilnej, w tym dzieci, a w regionie zgłoszono około 200 rannych, z których wiele osób odniosło poważne obrażenia. Systemy obrony powietrznej Izraela nie przechwyciły wszystkich pocisków, jednak Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej oraz izraelskie źródła potwierdziły, że ośrodek nuklearny w Dimonie nie doznał żadnych uszkodzeń i nie wykryto żadnego zagrożenia radiacyjnego. Ataki te są częścią trwającego konfliktu między Iranem a Izraelem oraz ich sojusznikami, który eskalował po wzajemnych uderzeniach w instalacje wojskowe i nuklearne od lutego 2026 roku.

Analizując najnowsze wydarzenia, trudno oprzeć się wrażeniu, że dotychczasowe ataki Iranu na Izrael miały nie tyle za zadanie zniszczyć konkretne cele, co przetestować i przeciążyć system obrony powietrznej kraju. Wcześniejsze uderzenia, prowadzone w dużej mierze przy użyciu pocisków balistycznych i dronów, były stosunkowo łatwo przechwytywane przez izraelską „Żelazną Kopułę”. Jednak ich prawdziwym celem mogło być wystrzelenie się ze wszystkich rakiet, zmuszenie obrony do maksymalnego wysiłku i odsłonięcie słabych punktów.

Efekt jest już widoczny. Izrael, jeśli jeszcze nie w pełni, to w dużej mierze stał się równie narażony na naloty, jak wcześniej był Iran. Choć wciąż można używać myśliwców do zestrzeliwania dronów i pocisków balistycznych, to skuteczność tej formy obrony jest wielokrotnie niższa niż systemów naziemnych. W praktyce dalsza obrona Izraela staje się bardzo trudna, jeśli nie wręcz niemożliwa w dotychczasowej formie.

Ten atak odsłonił nie tylko ograniczenia technologiczne „Żelaznej Kopuły”, ale również mit jej niezawodności. Okazuje się, że teoria, według której system ten miał być absolutnie skuteczny, nie wytrzymuje próby przy zmasowanej salwie pocisków. Rakiet po prostu może zabraknąć, a tym samym struktura obronna, która do tej pory wydawała się niezawodna, nagle staje się bezbronna.

W tym samym czasie pękł też inny mit – narracja Benjamina Netanjahu i Donalda Trumpa, według której Iran został pokonany i niezdolny do dalszej walki. Rzeczywistość pokazuje, że Iran wciąż dysponuje zdolnością ofensywną, a jego potencjał do kontrataków jest realny i skuteczny. Nie bez znaczenia jest również fakt, że system cenzury wojskowej w Izraelu, który przez lata ograniczał informacje o skutkach ataków, nie jest już w stanie ukryć obecnych strat. Ataki stały się tak duże i ewidentne, że nie da się ich po prostu zamieść pod dywan.

Cała sytuacja – odwołując się do filmowej analogii – przypomina sceny znane z filmu Black Hawk Down, gdzie po pozornie udanym ataku nagle dochodzi do kontruderzenia przeciwnika, a inicjatywa wojskowa zostaje utracona. W przypadku Izraela można powiedzieć, że ta utrata inicjatywy stała się faktem. Dotychczasowa przewaga technologiczna i systemowa nie gwarantuje już bezpieczeństwa, a dalsze manewry obronne mogą okazać się coraz trudniejsze do realizacji.

Wnioski są jednoznaczne. Eskalacja ataków Iranu obnażyła nie tylko techniczne ograniczenia izraelskiej obrony powietrznej, ale również polityczne iluzje o całkowitej przewadze nad przeciwnikiem. To moment, w którym teoria i praktyka zderzają się z brutalną rzeczywistością wojny, a kalkulacje polityczne i militarne muszą zostać zrewidowane.

Na zakończenie przychodzi przywołać słowa amerykańskiego generała “We’ve lost the initiative.”, które powinny brzmieć jako memento.

Źródło:

https://www.haaretz.com/israel-news/israel-security/2026-03-21/ty-article/.premium/iranian-barrage-wounds-27-in-southern-israels-dimona-including-12-year-old-boy/0000019d-11b7-d82a-addd-51f702f40000?utm_source=chatgpt.com

https://www.haaretz.com/israel-news/israel-security/2026-03-22/ty-article-live/.premium/trump-gives-iran-48-hour-ultimatum-to-reopen-strait-of-hormuz/0000019d-13d9-de86-abff-93d9dc510000

Irańskie ostrzeżenie dla Ukrainy i UE

21 marca 2026 roku doszło do poważnego incydentu o znaczeniu międzynarodowym — Iran wystrzelił dwie rakiety dalekiego zasięgu w kierunku wspólnej bazy wojskowej USA i Wielkiej Brytanii na Diego Garcia.

Szacuje się, że tego typu rakiety mogą osiągać zasięg nawet około 3000–4000 km oraz przenosić głowice bojowe o masie rzędu 500–1000 kg (czyli do ok. 1 tony materiału wybuchowego). Choć żadna z rakiet nie trafiła w cel — jedna została przechwycona, a druga uległa awarii — samo wydarzenie stanowi wyraźny sygnał eskalacji napięć oraz demonstrację rosnących zdolności militarnych Iranu. To pierwszy przypadek użycia przez ten kraj rakiet o tak dużym zasięgu w tym kontekście, co może mieć istotne konsekwencje dla bezpieczeństwa globalnego i dalszego rozwoju sytuacji geopolitycznej.

Jak się wydaje, sam fakt posiadania przez Iran rakiet o takim zasięgu i sile rażenia nie był całkowitym zaskoczeniem dla Stanów Zjednoczonych ani Izraela, które od lat monitorują rozwój irańskiego programu rakietowego. Zaskoczeniem mógł być raczej wybór celu oraz demonstracyjne użycie tych zdolności. Warto przy tym zauważyć, że wbrew intuicji, większy dystans lotu rakiety oznacza więcej czasu na jej wykrycie i przechwycenie — krótsze dystanse są pod tym względem bardziej wymagające operacyjnie. Rakiety balistyczne tego typu osiągają bardzo wysokie prędkości, rzędu około 3–5 km na sekundę (czyli nawet ponad 10 000–18 000 km/h), co sprawia, że czas reakcji systemów obrony powietrznej liczony jest w minutach. Jako osoba spoza środowiska wojskowego traktuję jednak te uwagi jako przypuszczenia i będę wdzięczny za ewentualne korekty ze strony specjalistów.

Jak już wcześniej wspomniałem, sam atak nie powiódł się. Można więc dojść do wniosku, że odsłonił on raczej ograniczenia irańskich rakiet niż ich realną skuteczność bojową. A jednak taka interpretacja byłaby zbyt powierzchowna. W mojej ocenie incydent ten można — a być może nawet należy — odczytywać symbolicznie, jako formę ostrzeżenia. Kluczowe nie jest bowiem to, czy rakiety trafiły w cel, lecz to, jaki zasięg były w stanie osiągnąć. Mówimy tu o dystansie rzędu około 4000 kilometrów. Aby zrozumieć, do kogo w istocie mogła być skierowana ta demonstracja i jakie niesie ona znaczenie, wystarczy spojrzeć na mapę i uświadomić sobie, jakie obszary znajdują się w zasięgu tego typu systemów.

Przybliżone odległości w linii prostej (tzw. „as the crow flies”) od Teheran do wybranych miast Europy:

  • Kijów → ok. 2 400 km
  • Warszawa → ok. 2 800 km
  • Berlin → ok. 3 200 km
  • Londyn → ok. 4 400 km
  • Paryż → ok. 4 200 km
  • Madryt → ok. 5 200 km

Wydaje mi się zatem, że w pierwszym rzędzie ta wiadomość była zaadresowana do Kijowa, który realnie włączył się w konflikt i wspiera zarówno Izrael, jak i Stany Zjednoczone. Jednak potencjalny odbiorca tego sygnału nie ogranicza się wyłącznie do Ukrainy — to również ostrzeżenie dla innych państw, które mogłyby rozważać włączenie się w konflikt lub udzielenie wsparcia stronie zaangażowanej militarnie.

Źródło zdjęcia: Poland news War in Ukraine: https://x.com/Propeertys/status/2035454649709281483

Trump – wygrał bitwę, przegrał wojnę

Chyba nie tylko studenci historii słyszeli łacińską sentencję historia magistra vitae est — historia jest nauczycielką życia. Jednak doświadczenie życiowe pokazuje, że historia nie uczy, że ludzie rzadko wyciągają z niej wnioski. Niezależnie jednak od tego chciałbym, odnosząc się do wojny w Iranie, odwołać się właśnie do historii świata antycznego.

Robienie takich ahistorycznych analogii zawsze obarczone jest ryzykiem błędu. Niemniej jednak dostrzegam pewne podobieństwa między sytuacją, w jakiej znalazł się Oktawian August, a sytuacją Donalda Trumpa.

Oktawian August planował podbić Germanię. Wysłał tam znaczny korpus ekspedycyjny — jeśli pamięć mnie nie myli, w postaci trzech legionów. Dowodził nimi Kwintyliusz Warus. Niestety w 9 roku naszej ery wojska rzymskie poniosły sromotną klęskę. Zostały wciągnięte w zasadzkę w Lesie Teutoburskim i niemal doszczętnie wybite.

Był to ogromny szok dla dotąd niemal zawsze zwycięskiej armii rzymskiej. Klęska była tym bardziej dotkliwa, że Rzymianie utracili tzw. orły legionowe, czyli symbole legionów, których utrata była wielkim dyshonorem.

Kiedy cesarz otrząsnął się po klęsce, podjęto działania odwetowe. Kluczową rolę odegrali Tyberiusz oraz Germanik. Ten drugi przeprowadził w latach 14–16 n.e. kilka wypraw w głąb Germanii, staczając szereg potyczek i odnosząc pewne sukcesy, w tym odzyskując część utraconych orłów legionowych.

Mimo to Rzymianie nie zdecydowali się na trwałe zajęcie tych terenów. Utrzymano linię Renu jako granicę imperium, a marzenie o podboju Germanii zostało porzucone.

Działania Germanika miały więc w dużej mierze charakter symboliczny: nie podbił Germanii, ale odzyskał orły legionowe – symbole zwycięskiego Rzymu! W ten sposób przywróciły prestiż Rzymu i pozwoliły „zamknąć” traumę po klęsce Warusa, ale w rzeczywistości nie doprowadziły do strategicznego zwycięstwa.

W tej chwili dla Trumpa nie jest najważniejsze, czy odniesie realne zwycięstwo w konflikcie z Iranem. Można przypuszczać, że chodzi raczej o wyjście z tej sytuacji z twarzą — o osiągnięcie zwycięstwa w sensie symbolicznym – „ o odzyskanie orłów legionowych”.

Nawet jeśli doszłoby do jakiegoś większego uderzenia, w tym lądowego, mogłoby ono mieć przede wszystkim znaczenie demonstracyjne, służące stworzeniu wrażenia rozstrzygnięcia konfliktu.

Podsumowując, można by sparafrazować myśl Tacyta o Tyberiuszu – że tak jak Tybieriusz w bitwach był chwiejny, a w wojnie niezwyciężony, tak Donald Trump w bitwie był zwycięski, lecz w wojnie zwyciężony. A w każdym razie tak to na razie wygląda.

USA przegrywa w wojnie symbolicznej?

Trwająca już piąty rok wojna na Ukrainie oraz codzienne relacje z frontu wyedukowały już chyba niemal każdego. Stąd można założyć, że większość z nas rozumie, iż wojna toczy się nie tylko w przestrzeni militarnej, gdzie mówimy wprost o starciu sprzętu i ludzi, lecz także w przestrzeni komunikacyjnej i propagandowej, w której mamy do czynienia z wojną symboli. Z taką właśnie wojną symboli mamy również do czynienia w odniesieniu do konfliktu w Iranie. Należy przy tym zauważyć, że po brawurowym, symbolicznym zwycięstwie w Wenezueli administracja Trumpa zdaje się ponosić kolejne symboliczne porażki w kontekście wojny w Iranie. Zacznijmy jednak od faktów.

Myśliwiec F-35A Lightning II Sił Powietrznych USA został trafiony ogniem z ziemi podczas misji nad Iranem 19 marca i zmuszony do awaryjnego lądowania w amerykańskiej bazie. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej opublikował nagranie, które ma rzekomo przedstawiać moment trafienia maszyny przez irański system obrony powietrznej wykorzystujący pasywne czujniki podczerwieni. Technologia ta, działająca poprzez wykrywanie źródeł ciepła, stanowi alternatywę dla radarów i była wcześniej stosowana m.in. w Jemenie. Zdarzenie jest obecnie przedmiotem dochodzenia prowadzonego przez United States Central Command.

W internecie trwa dyskusja na temat tego, czy amerykański myśliwiec został jedynie uszkodzony, czy też faktycznie zestrzelony. Niezależnie od tego, jak jest w rzeczywistości – o czym zapewne wkrótce się dowiemy – nie ulega wątpliwości, że myśliwiec F-35A Lightning II uchodził za symbol nowoczesności. Miał być najlepszy na świecie, niewykrywalny, a tym samym niezestrzeliwalny. Tymczasem okazuje się, że rzekomo pokonana armia Iranu – która, jak zapewniał Donald Trump, miała już utracić swoją obronę przeciwlotniczą – była w stanie namierzyć i trafić ten samolot, wykorzystując technologię inną niż klasyczne systemy radarowe.

Nawet jeśli maszynę uda się naprawić, sam fakt jej namierzenia i trafienia ma znaczenie symboliczne. Okazuje się bowiem, że nie jest ona tak doskonała, jak wcześniej zapewniano. Pomijając przy tym kontrowersje wokół wypowiedzi prezydenta Trumpa dotyczących rzeczywistego stanu wojny w Iranie, warto zauważyć, że nie jest to jedyny symbol, który uległ osłabieniu.

Wcześniej uszkodzony został inny symbol amerykańskiej potęgi militarnej – lotniskowiec. Konflikt ujawnił także ograniczenia systemów obrony przeciwlotniczej oraz podważył przekonanie o pełnej skuteczności amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa wobec sojuszników. W tym sensie można mówić o naruszeniu symbolicznej pozycji Stanów Zjednoczonych.

Innymi słowy, w sferze symbolicznej administracja Trumpa zdaje się ponosić straty. Ostateczny bilans pozostaje jednak otwarty – jak mawiał Sherlock Holmes, „piłka jest w grze” (“The game is afoot”).

Skala porażki będzie tym większa, im bardziej kolejne symbole amerykańskiej siły będą podważane. Na razie mowa o uszkodzeniach sprzętu i ograniczeniach systemów obronnych, lecz sytuacja uległaby znacznemu pogorszeniu w przypadku utraty myśliwca lub zatopienia lotniskowca.

Źródła:

https://timesofindia.indiatimes.com/world/us/us-f-35-struck-by-iranian-fire-jet-makes-emergency-landing-probe-under-way/articleshow/129683503.cms

Wojna w Iranie się przedłuży?

Jak podaje Reuters, Pentagon przygotował wniosek o ponad 200 mld dolarów związany z działaniami militarnymi wobec Iranu. Wniosek ten został skierowany do Białego Domu, czyli administracji prezydenta Donalda Trumpa, jako etap poprzedzający ewentualne przedstawienie go Kongresowi.

Może to wskazywać na istotne uszczuplenie zapasów amunicji i uzbrojenia armii USA oraz konieczność ich szybkiego uzupełnienia, co wiąże się również z potrzebą rozbudowy zdolności produkcyjnych przemysłu zbrojeniowego i poniesienia znacznych nakładów finansowych.

Jednocześnie wnioskowana kwota sugeruje, że planowanie nie ogranicza się wyłącznie do bieżących potrzeb, lecz obejmuje także przygotowanie na scenariusz przedłużającego się konfliktu oraz szersze wzmocnienie potencjału militarnego w perspektywie strategicznej.

Źródło: https://www.reuters.com/world/us/pentagon-seeks-more-than-200-billion-budget-request-iran-war-washington-post-2026-03-18/

Naomi Klein o roli wroga w polityce

Na marginesie uwag o partii PiS

Przytaczam fragment z książki „Doktryna szoku” (2007), w której Naomi Klein następująco pisze o partii PiS: „Kiedy „Solidarność” zdradziła robotników, którzy stworzyli ten ruch, wielu Polaków zwróciło się w stronę nowych organizacji, ostatecznie dopuszczając do władzy ultrakonserwatywne ugrupowanie Prawo i Sprawiedliwość. Polską rządzi obecnie prezydent Lech Kaczyński, rozczarowany działacz „Solidarności”, który – gdy był prezydentem Warszawy – zasłynął zakazem organizacji parady gejowskiej, a sam poparł pomysł „marszu normalności”. Kaczyński i jego brat bliźniak Jarosław (w 2006 roku premier) wygrali wybory w 2005 roku, prowadząc kampanię opartą w dużej mierze na hasłach atakujących politykę szkoły chicagowskiej. Ich główni konkurenci obiecywali likwidację państwowego systemu emerytalnego i wprowadzenie 15-procentowego podatku liniowego – oba rozwiązania są zaczerpnięte wprost z friedmanowskiego podręcznika. Bliźniacy wskazywali, że takie rozwiązania doprowadzą do zubożenia ludzi biednych i wzbogacenia nielicznej grupy wielkich biznesmenów i skorumpowanych polityków. Gdy jednak Prawo i Sprawiedliwość doszło do władzy, wybrało sobie łatwiejsze cele: gejów, Żydów, feministki, cudzoziemców, komunistów.” (KLEIN, 2019: s. 494–495)

Klein w swoich rozważaniach odnosi się do różnych państw i różnych ustrojów. Jej książka nie jest wprost poświęcona Polsce. To, co wydaje się w niej szczególnie ważne, to sposób, w jaki autorka na marginesie swoich głównych rozważań demaskuje rolę wroga w polityce.

Mówiąc inaczej, Klein pokazuje, w jaki sposób partie i rządy budują swoją siłę polityczną w kontrze do wroga — najlepiej wroga wielkiego, niemal nieśmiertelnego, takiego, którego nie można dotknąć, schwytać ani ostatecznie usunąć.

Taki wróg uzasadnia ciągłą mobilizację i jednocześnie legitymizuje władzę rządzącej partii. Nagle okazuje się, że społeczeństwa — także społeczeństwa demokratyczne — dla swojej egzystencji potrzebują wrogości, potrzebują walki, potrzebują wojny.

Potrzebują walczyć o pokój, bo spokojnie żyć nie potrafią.

Źródło zdjęcia: https://www.arts.ubc.ca/news/naomi-klein-on-the-future-of-climate-justice/