Czyli gdzie jest Netanjahu – mistrz szybkiej riposty?
Niedawno internet obiegły informacje o rzekomej śmierci premiera Izraela, Benjamina Netanjahu. Przyczynkiem do tych spekulacji było nagranie z przemówienia premiera, na którym rzekomo u jednej z jego rąk widać szósty palec, co zdaniem internautów wskazywałoby, że nagranie zostało wygenerowane przez sztuczną inteligencję. Internauci wyciągnęli stąd wniosek, że premier nie żyje, ponieważ – ich zdaniem – w przeciwnym razie nie byłoby potrzeby tworzenia takiego nagrania przy użyciu AI. Osobiście tego szóstego palca nie widzę, ale internet zawrzał. Żeby zdementować pogłoski i uspokoić społeczeństwo Izraela oraz nastroje w armii, premier nagrał wideo w kawiarni, w której pije kawę. Przy tej okazji Netanjahu sięgnął po ciekawą figurę retoryczną, którą poniżej omówię, ale najpierw jeszcze kilka uwag ogólnych.
Choć Netanjahu to jeden człowiek – skądinąd już w podeszłym wieku – i sam jeden Izraela fizycznie nie obroni, to jego śmierć miałaby tutaj znaczenie symboliczne. Netanjahu zyskał sobie opinię „niezatapialnego”. Nie chodzi tylko o kontekst wojenny, lecz również o polityczny – od wielu lat nie przegrywa wyborów i wciąż pozostaje u władzy, a także unika aresztowania i procesu za korupcję oraz zbrodnie wojenne. Innymi słowy, nie udaje się go „zatopić”.
Jego ewentualna śmierć wskutek nalotu Iranu miałaby znaczenie symboliczne. Nagle okazałoby się, że ten wyśmiewany Iran nie tylko się nie poddaje i dysponuje technologią pozwalającą razić cele na odległość, lecz przede wszystkim dokonałby tego, czego ani sami Izraelczycy ani Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze nie dokonali.
Stąd potencjalna waga tego wydarzenia: gdyby okazało się ono prawdziwe, uświadomiłoby kruchość – mówiąc najogólniej – sytuacji, w jakiej znajduje się Izrael. Podkopałoby nie tylko morale społeczeństwa izraelskiego i armii, lecz przede wszystkim dodałoby motywacji do działania wszystkim wrogom Izraela i spowodowałoby wzmożone, bardziej zaciekłe ataki.
Stąd olbrzymia waga tej informacji.
Przyczynkiem do spekulacji było nagranie wideo, w którym internauci doszukali się szóstego palca u ręki przemawiającego premiera. Aby uspokoić społeczeństwo izraelskie i nastroje w armii, Netanjahu nagrał wideo, w którym dowodzi, że nic mu nie jest, że żyje i nadal kieruje państwem. Netanjahu zapytany przez „dziennikarza” odpowiada:
Et ma sha’alta oti? Choshev she-ata lo? Omrim ba-reshet she-ani bichlal MET. Ani MET al kafe. Ata yodea ma? Ani MET al ha-am sheli. Eich hem mitnahagim – fantastit.
את מה שאלת אותי) חושב שאתה לא? אומרים ברשת שאני בכלל מת אני מת על קפה. אתה יודע מה? אני מת על העם שלי איך הם מתנהגים – פנטסטית)
Co mnie zapytałeś? Myślisz, że nie [żyję – JMS]? W internecie mówią, że w ogóle nie ŻYJĘ. Ja „UMIERAM za kawę”. Wiesz co? Ja „UMIERAM za mój naród”. To, jak oni się zachowują – fantastycznie.
Wypowiedź premiera Netanjahu nawiązuje do idiomu z języka hebrajskiego, który pozwala tutaj na grę słów. Po polsku moglibyśmy to oddać zwrotem: „Dałbym się zabić za kawę”.
Wypowiedź premiera Netanjahu pokazuje ciekawe wykorzystanie różnych figur retorycznych. Najważniejsza z nich to gra słów, czyli paronomazja, polegająca na użyciu tego samego słowa lub rdzenia w dwóch znaczeniach – dosłownym, „nie żyję / jestem martwy”, oraz idiomatycznym, „umieram za coś”, czyli bardzo coś kochać/lubić, co tworzy klasyczny żart oparty na dwuznaczności słowa
Do tego dochodzi syllepsis, w której jedno słowo łączy się z różnymi sensami, zestawiając „umierać” w znaczeniu dosłownym z „umierać za coś” idiomatycznie, co dodatkowo potęguje efekt humorystyczny.
Wypowiedź zawiera też element ironii sytuacyjnej – internet twierdzi „on nie żyje”, a premier odpowiada: „Owszem — umieram. Za kawę”, przyjmując słowa przeciwnika i zmieniając ich sens, rozbrajając je humorem (tzw. stępienie ostrza).
Równocześnie widać paralelizm składniowy między „umieram za kawę” a „umieram za mój naród”, gdzie żart płynnie przechodzi w element patriotyczny.
Całość tworzy mini-strukturę retoryczną: od tezy przeciwnika, poprzez żart i grę słów, przejście do powagi, aż po pochwałę społeczeństwa, co jest klasycznym przykładem przejścia od ironii do patosu (tzw. kairos, w którym celował Gorgiasz z Leontinoi).
Paradygmat cywilizacyjny w porządku międzynarodowym po zimnej wojnie: główne tezy Samuela P. Huntingtona
DAVOS/SWITZERLAND, 25JAN04 – Samuel P. Huntington, Chairman, Harvard Academy for International and Area Studies, USA, captured during the session 'When Cultures Conflict’ at the Annual Meeting 2004 of the World Economic Forum in Davos, Switzerland, January 25, 2004.
Ostatnio sięgnąłem ponownie do pracy Samuel P. Huntington, jego przełomowej książki The Clash of Civilizations and the Remaking of World Order (1997), znanej w polskim przekładzie jako „Zderzenie cywilizacji i nowy kształt ładu światowego”. Ostatni raz czytałem ją chyba — jeśli mnie pamięć nie zawodzi — w 2012 roku. Wtedy, jak mi się wydawało, była ona czymś w rodzaju księgi objawionej.
Thomas Mann wspominał kiedyś, że był na przedstawieniu Fausta Johanna Wolfganga von Goethe’go, bodajże w Wiedniu, i przypadkiem usłyszał, jak jeden z widzów po spektaklu stwierdził krytycznie, że ten Goethe to mądrala i mówi samymi cytatami. Gdy pierwszy raz czytałem książkę Huntingtona, pomyślałem o niej właśnie w podobny sposób. Miałem wrażenie, że niemal każde zdanie można z niej wyjąć i potraktować jako osobną tezę, twierdzenie, sentencję czy aforyzm. Bierze się to chyba stąd, że w dużej mierze jest ona napisana w sposób kategoryczny, przesądzający, a momentami nawet apodyktyczny.
Dziś jednak jestem wobec tej lektury bardziej krytyczny. Niezmiennie uważam jednak, że warto do niej wracać. Huntington niewątpliwie uchwycił procesy, które już wtedy zaczynały się ujawniać, a które znajdowały swoje echo także w kulturze popularnej — na przykład w filmie Blade RunnerRidley’a Scotta. Wszechobecna azjatyckość, która przewija się w tle tego filmu, była w istocie echem obaw trapiących wówczas społeczeństwo amerykańskie — obaw przed ekspansją kultury azjatyckiej, w tamtym czasie przede wszystkim japońskiej.
Czy obawy te były uzasadnione, czy też nie, zapewne jeszcze nieraz będzie przedmiotem dyskusji. Niemniej jednak warto sięgnąć po książkę Huntingtona nie tylko dlatego, że stanowi klasyczną pozycję z zakresu szeroko rozumianej geopolityki. Być może dziś — bardziej niż kiedykolwiek wcześniej — może ona pomóc człowiekowi zorientować się w świecie: w tym, co naprawdę ważne, w to, w co warto wierzyć i na czym powinien się w swoim życiu koncentrować. A także w tym, czy powinien ulegać podszeptom nacjonalizmu i różnego rodzaju fobii, czy też wielkomocarstwowym aspiracjom — nawet w przypadku tak stosunkowo niewielkich państw jak Polska.
Dodam, że książka Samuel P. Huntington, The Clash of Civilizations and the Remaking of World Order, należy do tych lektur, których nie sposób streścić w kilku zdaniach bez pominięcia wielu istotnych wątków. Rezygnując więc z ambicji całościowego omówienia tej pracy, ograniczę się do zwrócenia uwagi na kilka wybranych kwestii.
Kultura jako oś nowej polityki
Samuel P. Huntington (1997) stawia tezę, że w erze po zakończeniu zimnej wojny główne źródła konfliktów i podziałów na świecie nie mają już charakteru ideologicznego czy ekonomicznego, lecz kulturowy. Huntington prezentuje koncepcję wielobiegunowości, zmierzchu zachodniego uniwersalizmu oraz dynamikę konfliktów na liniach uskokowych między cywilizacjami.
Huntington proponuje zmianę paradygmatu w rozumieniu polityki globalnej. Według niego flagi, krzyże, półksiężyce i inne symbole tożsamości stały się ważniejsze niż ideologie polityczne. Autor zauważa, że ludzie definiują siebie poprzez pochodzenie, religię i język, co prowadzi do formowania się nowego ładu opartego na kręgach cywilizacyjnych, a przyszłość międzynarodowego ładu będzie zależeć o wzajemnych relacji między tymi kręgami.
Wielobiegunowy świat wielu cywilizacji
Zdaniem Huntingtona współczesny świat składa się z kilku głównych cywilizacji (m.in. zachodniej, prawosławnej, islamskiej, chińskiej, hinduistycznej, japońskiej i latynoamerykańskiej). Najważniejszym zjawiskiem jest odejście od układu dwubiegunowego na rzecz systemu, w którym interakcje zachodzą między wieloma niezależnymi centrami kulturowymi.
„Pod koniec lat osiemdziesiątych świat komunistyczny uległ rozpadowi, a międzynarodowy system zimnej wojny przeszedł do historii.W po-zimno-wojennym świecie najważniejsze różnice między ludźmi nie mają charakteru ideologicznego, politycznego ani ekonomicznego. Mają one charakter kulturowy.” (In the late 1980s the communist world collapsed, and the Cold War international system became history.In the post-Cold War world, the most important distinctions among peoples are not ideological, political, or economic. They are cultural. – Huntington, 1997, s. 21; przytoczone zdanie w opublikowanym polskim przekładzie brzmi nieco inaczej: „Pod koniec lat osiemdziesiątych świat komunistyczny się załamał, zimnowojenny układ międzynarodowy przeszedł do historii. Najważniejsze różnice między narodami nie mają charakteru ideologicznego, politycznego czy ekonomicznego, lecz kulturowy”.).
Iluzja cywilizacji uniwersalnej i zmierzch Zachodu
Autor poddaje krytyce zachodnie przekonanie o uniwersalności własnej kultury. Huntington twierdzi, że modernizacja nie musi oznaczać westernizacji – społeczeństwa niezachodnie mogą przejmować technologię, zachowując jednocześnie własne wartości. Co więcej, potęga Zachodu relatywnie maleje w stosunku do rosnącej pewności siebie Azji Wschodniej i odrodzenia islamu.
Huntington powiada: „ Z normatywnego punktu widzenia zachodnia wiara w uniwersalizm zakłada, że ludzie na całym świecie powinni przyjąć zachodnie wartości, instytucje i kulturę, ponieważ ucieleśniają one najwyższy, najbardziej oświecony, najbardziej liberalny, najbardziej racjonalny, najbardziej nowoczesny i najbardziej cywilizowany sposób myślenia ludzkości.” (Normatively the Western universalist belief posits that people throughout the world should embrace Western values, institutions, and culture because the embody the highest, most enlightened, most liberal, most rational, most mod ern, and most civilized thinking of humankind. – Huntington, 1997, s. 310)
Jednak, jak zauważa Huntington: „Uniwersalistyczne roszczenia Zachodu coraz częściej prowadzą do konfliktów z innymi cywilizacjami, przede wszystkim z islamem i Chinami; na poziomie lokalnym wojny na liniach uskoku cywilizacyjnego — w dużej mierze między muzułmanami a niemuzułmanami — wywołują zjawisko ‘mobilizacji państw pokrewnych’, stwarzają groźbę szerszej eskalacji, a tym samym skłaniają państwa rdzeniowe do podejmowania prób powstrzymania tych konfliktów.” (The West’s universalist pretensions increasingly bring it into conflict with other civilizations, most seriously with Islam and China; at the local level fault line wars, largely between Muslims and non-Muslims, generate „kin-country rallying,” the threat of broader escalation, and hence efforts by core states to halt these wars. – Huntington, 1997, s. 20; w polskim opublikowanym przekładzie zdanie to brzmi: “Uniwersalistyczne aspiracje Zachodu prowadzą do nasilających się konfliktów z innymi cywilizacjami. Najpoważniejsze są konflikty z islamem i Chinami. Na szczeblu lokalnym wojny pograniczne, głównie między muzułmanami i niemuzułmanami, powodują „zwoływanie się krajów pokrewnych”, grożą dalszą eskalacją, co z kolei skłania państwa ośrodki cywilizacji do podejmowania wysiłków na rzecz powstrzymania tych wojen.”).
Konflikty na „liniach uskokowych”
Huntington (1997) wprowadza pojęcie „wojen na liniach uskokowych” (fault line wars), które toczą się między sąsiadującymi grupami z różnych cywilizacji. Najbardziej zapalnymi punktami są granice świata islamskiego, które autor określa mianem „krwawych”: „Granice islamu są krwawe, tak samo jak jego wewnętrzny obszar” (Islam’s borders are bloody, and so are its innards. – Huntington, 1997, s. 358). Huntington był niejednokrotnie krytykowany za tę wypowiedź. Na tę krytykę odpowiadał następująco: „Żadne inne sformułowanie zawarte w moim artykule w „Foreign Affairs” nie spotkało się z taką krytyką, jak zdanie „krwawe są granice islamu”. Oparłem tę ocenę na pobieżnym zestawieniu konfliktów międzycywilizacyjnych. Dane liczbowe pochodzące ze wszystkich obiektywnych źródeł w całej rozciągłości potwierdzają jej słuszność”. Jeśli spojrzeć na wojny w Iraku i teraz w Iranie, to trudno się z autorem nie zgodzić. Jednak – nie wchodząc z Huntingtonem w polemikę – przychodzi zapytać, a kto tę wojnę i krew tam sprowadził?
Państwa ośrodki i nowy ład
Wewnątrz cywilizacji kluczową rolę odgrywają tzw. państwa ośrodki (core states), które porządkują stosunki wewnątrz własnego kręgu kulturowego (np. USA dla Zachodu, Rosja dla prawosławia). Pokój światowy zależy od tego, czy państwa ośrodki będą powstrzymywać się od interwencji w konfliktach innych cywilizacji.
„Przyszłość Stanów Zjednoczonych i Zachodu zależy od tego, czy Stany potwierdzą swą przynależność do cywilizacji zachodniej. W wymiarze wewnętrznym oznacza to niedawanie posłuchu syrenim pieśniom zwolenników wielokulturowości. W wymiarze międzynarodowym — odrzucenie mylących i złudnych wezwań do utożsamienia Stanów Zjednoczonych z Azją. Bez względu na związki ekonomiczne przepaść kulturowa dzieląca społeczeństwa Azji i Ameryki wyklucza ich połączenie we wspólnym domu. Pod względem kulturowym Amerykanie stanowią część rodziny zachodniej. Piewcy wielokulturowości mogą tę więź naruszyć, a nawet zniszczyć, ale niczym jej nie zastąpią. Amerykanie szukający swych kulturowych korzeni znajdują je w Europie” (The futures of the United States and of the West depend upon Americans reaffirming their commitment to Western civilization. Domestically this means rejecting the divisive siren calls of multiculturalism. Internationally it means rejecting the elusive and illusory calls to identity the United States with Asia. Whatever economic connections may exist between them, the fundamental cultural gap between Asian and American societies precludes their joining together in a common home. Americans are culturally part of the Western family; multiculturalists may damage and even destroy that relationship but they cannot replace When Americans look for their cultural roots, they find them in Europe. – Huntington, 1997, s. 307) .
„Przepowiednia” Huntingtona
Teoria Huntingtona, choć kontrowersyjna, dostarcza narzędzi do analizy współczesnych napięć geopolitycznych, których nie da się wyjaśnić wyłącznie interesami państw narodowych. Autor ostrzega, że największym zagrożeniem dla pokoju jest narzucanie zachodnich wartości społeczeństwom o odmiennych fundamentach kulturowych.
Na koniec przytoczę „proroczą” wypowiedź Huntimgtona: „Zachód w obecnej chwili dominuje i w kategoriach potęgi oraz wpływu pozostanie jeszcze długo w XXI wieku na czołowej pozycji. W układzie sił między cywilizacjami zachodzą jednak stopniowe, nieuniknione i fundamentalne zmiany, a siła Zachodu w odniesieniu do innych cywilizacji będzie nadal słabnąć. Ze słabnięciem prymatu Zachodu znaczna część jego potęgi po prostu zaniknie, a reszta rozproszy się regionalnie między kilka głównych cywilizacji i państwa będące ich ośrodkami. Najbardziej rosną i będą rosnąć w siłę cywilizacje azjatyckie, Chiny zaś zajmują stopniowo pozycję państwa, które najprawdopodobniej stanie się głównym rywalem Zachodu, jeśli chodzi o wpływ na losy świata. Te przemieszczenia w układzie sił między cywilizacjami prowadzą i nadal będą prowadzić do odrodzenia kulturowego niezachodnich społeczeństw i wzmożenia ich kulturowej asertywności, a także coraz powszechniejszego odrzucania kultury Zachodu.” (The West is overwhelmingly dominant now and will remain number one in terms of power and influence well into the twenty-first century. Gradual, inexorable, and fundamental changes, however, are also occurring in the balances of power among civilizations, and the power of the West relative to that of other civilizations will continue to decline. As the West’s primacy erodes, much of its power will simply evaporate and the rest will be diffused on a regional basis among the several major civilizations and their core states. The most significant increases in power are accruing and will accrue to Asian civilizations, with China gradually emerging as the society most likely to challenge the West for global influence. These shifts in power among civilizations are leading and will lead to the revival and increased cultural assertiveness of non-Western societies and to their increasing rejection of Western culture. – Huntington, 1997, s. 82–83).
Bibliografia
Huntington, S. P. (1997). The Clash of Civilizations and the Remaking of World Order. Simon & Schuster.
Huntington, S. P. (2018). Zderzenie cywilizacji i nowy kształt ładu światowego (H. Jankowska, Tłum.). Zysk i S-ka Wydawnictwo. (Oryginał opublikowany w 1996 r.).
Przysłuchuję się dyskusjom na temat kosztów ewentualnej wojny Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem. Według niektórych szacunków pierwsze sześć dni tego konfliktu mogło kosztować około 11,3 miliarda dolarów. Pojawiały się przy tym głosy wątpliwości, czy Stany Zjednoczone w ogóle stać na prowadzenie tak kosztownej wojny.
Jeśli przyjąć uśredniony koszt działań wojennych na poziomie około 10 miliardów dolarów tygodniowo, nietrudno policzyć, ile kosztowałby miesiąc czy dwa miesiące takiego konfliktu.
Pomyślałem sobie jednak – mówię oczywiście pół żartem – że być może prezydent Stanów Zjednoczonych nie musi się tym aż tak bardzo martwić, skoro w ramach swojej „Rady Pokoju” zebrał około 60 miliardów dolarów.
Aktualny konflikt na Bliskim Wschodzie – wojna Stanów Zjednoczonych i Izraela przeciwko Iranowi – skupia uwagę ekspertów od wojskowości i geopolityki. Chciałbym jednak spojrzeć na ten problem z nieco innej perspektywy: perspektywy komunikacyjnej, żeby nie powiedzieć marketingowej.
O sile każdej marki decyduje jej wiarygodność – coś, co w marketingu określa się mianem reason to believe, czyli powodu, dla którego wierzymy w daną markę. Kupujemy jakiś produkt, ponieważ jest produktem tej, a nie innej firmy. Mamy zaufanie do określonej marki i zakładamy, że skoro na przykład firma jest szwajcarska i produkuje zegarki, to możemy oczekiwać wysokiej jakości (nie rozstrzygam teraz, czy faktycznie tak jest, bo istotny jest sam mechanizm wiarygodności).
Mechanizm ten nie dotyczy wyłącznie marketingu. Charakteryzuje on ogólnie relacje międzyludzkie. Nawet Chrystus był wiarygodny nie dlatego, że mówił o sobie jako o kimś szczególnym, lecz dlatego, że dokonywał szczególnych czynów. To właśnie one składają się na katalog cudów – uzdrawianie chorych czy przywracanie życia zmarłym. Innymi słowy, jego wiarygodność nie wynikała z deklaracji, lecz z działania.
Podobnie jest w przypadku państw. Rola Stanów Zjednoczonych w świecie – ich „marka” – również opiera się na wiarygodności. Do tej pory była ona w dużej mierze nienaruszona. Z pewnością poważnym ciosem dla tej wiarygodności byłoby zniszczenie jednego z amerykańskich lotniskowców. W takim wypadku ucierpiałaby symboliczna siła Stanów Zjednoczonych.
W moim odczuciu jednak nie ma większego znaczenia, czy któryś z tych okrętów zostanie zatopiony. Mogą one nadal spokojnie pływać po oceanach, a mimo to marka Stanów Zjednoczonych zacznie tonąć. Dlaczego? Ponieważ wraz z rozpoczęciem tego konfliktu o pomoc do Stanów Zjednoczonych zwróciły się państwa związane z nimi sojuszami – Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt, Katar i inne kraje regionu. I co się okazuje? Amerykanie nie są w stanie zapewnić im realnej ochrony – a w wielu przypadkach nawet jej nie oferują.
Co więcej, Stany Zjednoczone przenoszą część swoich zasobów wojskowych z innych regionów świata na Bliski Wschód. Przykładem może być choćby wycofywanie systemów rakietowych z Korei. W efekcie pojawia się wrażenie, że Ameryka nie tylko nie dysponuje wystarczającą siłą, aby chronić wszystkich swoich sojuszników, lecz także że USA nie jest skłonna do tego działania.
Konsekwencje mogą być poważne. Nawet jeśli wojna na Bliskim Wschodzie zakończy się jakimś porozumieniem pokojowym – które każda ze stron ogłosi swoim zwycięstwem – to strata, jaką Stany Zjednoczone poniosą w sferze symbolicznej, może okazać się trwała. Będzie nią utrata wiarygodności.
Bliski Wschód nie będzie już taki sam jak wcześniej. W moim przekonaniu również pozycja „marki” Stanów Zjednoczonych w światowym systemie zacznie słabnąć. Nawet jeśli nie przełoży się to natychmiast na otwarty konflikt czy bezpośredni atak na Amerykę, zmieni się system sojuszy.
A to oznacza jedno: Stany Zjednoczone mogą przestać być postrzegane jako wiarygodny partner. Mogą utracić to, co w marketingu nazywa się reason to believe – powód, dla którego inni jeszcze im wierzą – Jak czyni to część polskiej klasy politycznej, uzależniająca bezpieczeństwo kraju od sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Choć – na marginesie dodam – w moim przekonaniu jest to wynik nie przemyślanej strategii, lecz raczej przejaw braku jakiegokolwiek pomysłu.
Jestem właśnie po pierwszej lekturze książki Emmanuela Todda „Klęska zachodu” („La Défaite de l’Occident”, 2024) i muszę przyznać, że mam mieszane uczucia. Spotkałem się z opiniami, że książka stanowi rodzaj prowokacyjnej analizy obecnej sytuacji geopolitycznej, w której autor wieszczy koniec dominacji świata zachodniego.
Jestem właśnie po pierwszej lekturze książki Emmanuela Todda „Klęska zachodu” („La Défaite de l’Occident”, 2024) i muszę przyznać, że mam mieszane uczucia. Spotkałem się z opiniami, że książka stanowi rodzaj prowokacyjnej analizy obecnej sytuacji geopolitycznej, w której autor wieszczy koniec dominacji świata zachodniego.
Nie jestem pewien, czy lektura tej książki bardziej mnie sprowokowała, czy zainspirowała. Niewątpliwie jest to jednak książka ważna i warta lektury, stanowiąca cenny głos w dyskusji na temat otaczającej nas rzeczywistości. Trudno odmówić także celności wielu spostrzeżeniom autora oraz wnioskom, do jakich dochodzi. W kilku miejscach książka budzi jednak moje wątpliwości co do trafności opisu faktów.
Todd, mówiąc o swoim zadaniu, powiada, że „moją rolą jako badacza nie jest ocenianie faktów, ale ich właściwa interpretacja socjologiczna” (Todd, 2024, s. 227). Jako filozof mógłbym zapytać, czy takie zadanie jest w ogóle możliwe do zrealizowania. Czy można oddzielić ocenę faktów od ich interpretacji? Czy interpretacja nie jest już sama w sobie pewną ich oceną? Pomijając jednak tę kwestię filozoficzną, uwagę zwracają wypowiedzi samego autora, który zdaje się nie tylko opisywać rzeczywistość, lecz także ją oceniać. Moją uwagę szczególnie przyciągają rozważania Todda dotyczące stosunku Zachodu do Rosji. Chwilami odnoszę wrażenie, że autor chce nas przekonać, iż nasze obawy przed Rosją mają charakter irracjonalny. Zastanawiam się jednak, czy obawy Europejczyków wobec Hitlera w czasie drugiej wojny światowej także miały charakter irracjonalny.
Nie chcę się jednak wdawać w polemikę – tym bardziej trudną, że autor nie może tutaj odpowiadać. Ograniczę się zatem do zreferowania książki, którą uważam za bardzo ciekawą i naprawdę wartą lektury.
1. Zmierzch potęgi USA i „stan zero” religii
Główną tezą Todda jest to, że fundamentem sukcesu Zachodu (zwłaszcza USA, Wielkiej Brytanii i Niemiec) był etos protestancki, który promował edukację i dyscyplinę pracy. Głównym motorem upadku Zachodu jest ostateczny zanik matrycy protestanckiej, która wcześniej napędzała rozwój. Autor twierdzi, że Protestantyzm umarł, co doprowadziło do powstania „stanu zero” religii. Skutkuje to zanikiem moralności zbiorowej, poczucia wspólnoty i logiki w działaniu elit, co Todd nazywa nihilizmem. Todd powiada: „Wyjaśniam, w jaki sposób „stan zerowy” religii protestanckiej – sekularyzacja w ostatecznym stadium – tłumaczy nie tylko załamanie amerykańskiej edukacji i przemysłu. Stan zerowy otwiera również pustkę metafizyczną”. „Protestantyzm, który w dużej mierze stanowił o sile gospodarczej Zachodu, umarł. Zjawisko to (…) okaże się (…) jedną z kluczowych, o ile nie najważniejszą, decydującą przyczyną obecnych globalnych zawirowań”. (TODD 2024: 16, 34)
Nihilizm jest definiowany przez Todda jako pęd do niszczenia oraz negowanie obiektywnej prawdy (np. w kwestiach biologicznych): „Nihilizm (…) ma dwa zasadnicze wymiary. Pierwszy (…) to wymiar fizyczny: popęd destrukcji rzeczy i ludzi. Drugi wymiar (…) wyraża się nieodpartym dążeniem do zniszczenia samego pojęcia prawdy, uniemożliwienia jakiegokolwiek rozsądnego opisu świata” (TODD 2024: 35–36). Todd przytacza następujący przykład: „Fakty są proste i dokonam szybkiego ich podsumowania. Genetyka wyklucza przemianę mężczyzny (chromosomy XY) w kobietę (chromosomy XX) i odwrotnie. Twierdzenie, że to możliwe, jest afirmacją fałszu – typowo nihilistycznym aktem intelektualnym. Jeśli ta potrzeba głoszenia nieprawdy, oddawania jej czci i narzucania społeczeństwu jako prawdy dominuje w określonej grupie społecznej (głównie w wyższych klasach średnich) oraz w jej mediach („New York Times”, „Washington Post”), mamy do czynienia z nihilistyczną religią.”. (TODD 2024: 227–228)
2. Słabość przemysłowa Zachodu
Todd zwraca uwagę na paradoks: mimo że PKB Zachodu jest wielokrotnie wyższe niż Rosji, to Zachód nie nadąża z produkcją broni (np. pocisków artyleryjskich) dla Ukrainy. Autor uważa, że zachodnie wskaźniki PKB są „fikcyjne”, ponieważ obejmują nadmuchane usługi (np. prawników, doradców), podczas gdy realna baza przemysłowa została przeniesiona do Azji. Wskazuje na braki w edukacji inżynieryjnej w USA i Wielkiej Brytanii w porównaniu z Rosją.
USA zatem przestały być państwem narodowym, przekształcając się w strukturę rządzoną przez grupę pozbawioną kultury, z gospodarką opartą na „fikcyjnym” PKB. Todd powiada: „…amerykański organizm państwowy (…) cierpi mimowolnie na tę samą chorobę, co [Europa]: zanik wspólnej kultury narodowej, podzielanej przez masy i klasy rządzące. (…) powstało imperium pozbawione centrum i celu, w istocie – organizm militarny, kierowany przez grupę pozbawioną kultury”. „…pokażę, jak dalece fikcyjny charakter ma ich PKB, obejmujący aktywności, co do których nie wiadomo, czy należy je uznać za bezużyteczne, czy też za nierzeczywiste”. (TODD 2024: 31, 49)
3. Rosja jako stabilne państwo narodowe
W przeciwieństwie do obrazu medialnego, Todd opisuje Rosję jako kraj, który po chaosie lat 90. odzyskał stabilność społeczną i gospodarczą. Twierdzi, że Rosja stała się konserwatywnym państwem narodowym, które nie dąży do podboju świata (z braku zasobów demograficznych), ale walczy o swoje bezpieczeństwo na granicach. Według autora, rosyjska gospodarka okazała się odporna na sankcje, co było wielkim zaskoczeniem dla Zachodu.
Wbrew zachodnim oczekiwaniom, Rosja pod rządami Putina odzyskała stabilność społeczną (spadek wskaźników zabójstw, samobójstw i śmiertelności niemowląt) oraz odporność gospodarczą na sankcje. Todd zauważa, że Rosja kształci znacznie więcej inżynierów niż USA, co daje jej przewagę w produkcji uzbrojenia. Todd wskazuje: „Roczna śmiertelność niemowląt zmniejszyła się z 19 na 1000 żywo urodzonych dzieci w 2000 roku do 4,4 w roku 2020 – poniżej poziomu notowanego w Stanach Zjednoczonych, wynoszącego 5,4 na 1000”. „Mimo takich różnic w wielkości populacji Rosja jest w stanie kształcić znacznie więcej inżynierów niż Stany Zjednoczone. (…) pozwoliło nam to zrozumieć, w jaki sposób rosyjski Dawid zdołał stawić czoła amerykańskiemu Goliatowi na płaszczyźnie przemysłowej i technologicznej”. (TODD 2024: 40, 51)
4. Izolacja Zachodu wobec „Reszty Świata”
Autor zauważa, że większość krajów poza kręgiem NATO i jego sojuszników (tzw. Globalne Południe) nie poparła sankcji przeciwko Rosji. Todd uważa, że konserwatyzm obyczajowy Rosji jest postrzegany przez kraje muzułmańskie, Indie czy Chiny jako bardziej zrozumiały i stabilny niż liberalny nihilizm Zachodu.
Rosyjski konserwatyzm obyczajowy stał się nową formą „miękkiej siły” przyciągającą państwa patrylinearne i tradycjonalistyczne. Todd zauważa: „Ironia Historii polega na tym, że Rosjanie (…) stali się militarną tarczą dla Reszty świata, ponieważ Zachód odmówił im miejsca we własnym gronie po upadku komunizmu”. „Zachód wyobraża sobie, że kolejne coraz surowsze ustawy (…) przeciwko LGBT, dowodzą światu, że Rosja jest „zła”. (…) Rosja doskonale wie, że jej homofobiczna i antytranspłciowa polityka nie tyle zraża inne kraje, co zjednuje wiele z nich”. (TODD 2024: 12, 290)
5. „Samobójstwo” Europy i rola Polski
Todd krytykuje Europę (zwłaszcza Niemcy i Francję) za utratę autonomii i całkowite podporządkowanie się interesom USA. Kraje europejskie utraciły autonomię polityczną i stały się wasalami USA, działając na własną szkodę (np. poprzez odcięcie się od taniej rosyjskiej energii). Todd określa Niemcy mianem „narodu bezwładnego”, który zrezygnował z mocarstwowości i dążenia do suwerenności. Todd zauważa: „Podział gospodarczy kontynentu europejskiego był aktem samobójczego szaleństwa. Niemiecka gospodarka pogrąża się w stagnacji. Na całym Zachodzie nasilają się bieda i nierówności społeczne”. „Niemcy przestały być narodem aktywnym, lecz równocześnie zaczęły zyskiwać coraz większą siłę w Europie jako naród bezwładny”. (TODD 2024: 13, 157)
Polska jest opisywana przez Todda jako główny agent Waszyngtonu w Unii Europejskiej, który wraz z Wielką Brytanią i Ukrainą tworzy nową oś militarną, wypychając tradycyjny duet parysko-berliński. Todd uważa, że Polska wykazuje się „irracjonalną rusofobią”, a obecne zbliżenie polsko-ukraińskie uznaje za historycznie kruche ze względu na dawne konflikty.
6. Nieunikniona porażka
Todd postrzega opór Ukrainy jako syntezę neoliberalizmu i nihilizmu, gdzie wojna stała się jedynym sensem istnienia dla państwa znajdującego się w stanie zaawansowanego rozkładu demograficznego i społecznego.
Zdaniem Todda wojna na Ukrainie stała się dla USA pułapką, ponieważ ich globalna dominacja zależy od sukcesu w konflikcie, którego nie mogą wygrać przemysłowo: „…rezygnacja z życia na kredyt, na jakie pozwala produkcja dolarów, jest niemożliwa. Taki imperialno-monetarny odwrót spowodowałby gwałtowny spadek poziomu życia”. „Efemeryczne sukcesy militarne ukraińskiego nacjonalizmu wciągnęły Stany Zjednoczone w spiralę eskalacji, z której nie mogą się wycofać pod groźbą poniesienia porażki – już nie tylko lokalnej, lecz także globalnej: militarnej, gospodarczej i ideologicznej”. (TODD 2024: 13, 320)
Todd twierdzi, że wojna na Ukrainie ujawniła wewnętrzny rozkład Zachodu. Porażka nie będzie wynikać z siły militarnej Rosji, ale z implozji systemu zachodniego, który stracił kontakt z rzeczywistością przemysłową i społeczną. Według autora, świat zmierza w stronę wielobiegunowości, w której USA nie będą już w stanie dyktować warunków.
Sąd Najwyższy Ukrainy właśnie co uznał parę jednopłciową za rodzinę. Co ciekawe, społeczeństwo wydaje się z tym nie mieć problemu.
Przypomina mi to historię Tebańskiego Legionu Siedemdziesięciu Młodzieńców – elitarnego oddziału złożonego z par kochanków. Ci żołnierze, walcząc ramię w ramię, osiągnęli wielkie zwycięstwa Teb nad Spartą, m.in. w bitwie pod Leuktrami w 371 r. p.n.e. Można powiedzieć, że historia pokazuje, że miłość i lojalność mogą iść w parze – zarówno na polu bitwy, jak i w codziennym życiu.
Nie o tym jednak chcę pisać. Chcę bowiem zwrócić uwagę na fakt, że siła społeczeństwa, patriotyzm i zdolność do obrony kraju w przypadku napaści czy wojny nie wynikają wyłącznie z zasobów gospodarczych państwa, jego potencjału militarnego, stopnia wyszkolenia armii, liczebności czy ilości sprzętu.
O sile państwa decyduje również mentalność, która cementuje społeczeństwo. Przejawia się ona między innymi w tym, że ludzie odnoszą się do siebie z szacunkiem: mówią do siebie „dzień dobry”, są grzeczni, mili, pomocni, serdeczni, szanują siebie nawzajem, traktują wszystko, co jest w kraju, jako wspólne dobro i czują się emocjonalnie, a nie tylko formalnie, związani z państwem.
Jeśli w naszym kraju są grupy wykluczone – niezależnie od powodów – jeśli jedna część społeczeństwa nie szanuje, wręcz nienawidzi i prześladuje drugą, to jak możemy oczekiwać, że ci ludzie będą walczyć o nas, bronić nas czy pomagać w czasie wojny? Być może zrobią to, kierując się wyższymi wartościami, ale to, co fundamentalne, to nie napuszone słowa, dęte liczby czy hasła, lecz międzyludzkie relacje.
Mam subiektywne odczucie, że relacje te pogarszają się z roku na rok. Widzę to nie tylko w Polsce, ale i w innych krajach. Ludzie są wobec siebie coraz bardziej wrodzy, nienawistni i bardzo łatwo dają się popchnąć jedni na drugich. Przyczyn jest pewnie wiele – nawet nie podejmuję się ich wyliczenia.
Jeśli jednak wysiłek państwa nie będzie zmierzał ku łagodzeniu tych zjawisk społecznych i cementowaniu społeczeństwa, żaden sprzęt ani żadne pieniądze nie uratują państwa ani jego obywateli.
Poniżej przytoczę tylko kilka przykładów z Ukrainy, które pokazują obecność osób LGBTQ+ w szeregach armii ukraińskiej, walczącej o niepodległość i obronę swojego kraju. To ludzie, którzy nie tylko bronią ojczyzny, lecz są przekonani, że należą do społeczeństwa Ukrainy, są jego częścią i kiedy nadejdzie pokój, nadal będą czuć się tam dobrze i szczęśliwie.
Otóż, gdy w 2022 roku Rosja rozpoczęła pełnoskalową inwazję na Ukrainę, wielu Ukraińców przerwało swoje dotychczasowe życie, by wziąć udział w obronie ojczyzny. Wśród nich znaleźli się także artyści i aktywiści LGBTQ+, którzy wcześniej znani byli z występów drag i działań na rzecz społeczności queer.
Jednym z najbardziej rozpoznawalnych przykładów jest Vlad Szast, znany na scenie drag jako Guppy Drink. Przed wojną tworzył spektakularne show, zdobywając popularność w ukraińskiej społeczności queer. Po wybuchu wojny porzucił scenę i wstąpił do terytorialnej obrony, zajmując się logistyką i wsparciem dla walczących. Jego historia, łącząca sztukę i obronę kraju, szybko obiegła media, stając się symbolem zaangażowania queer Ukraińców w walkę o wolność.
Nie był jedyny. Inny artysta drag, Artur Ozerov (AuRa), w czasie wojny skoncentrował się na organizowaniu pomocy i wsparciu logistycznym dla sił zbrojnych. Równocześnie tysiące osób LGBTQ+ z Ukrainy zgłosiło się do służby w armii lub jako ochotnicy w różnych formacjach obronnych, często podkreślając, że ich udział w wojnie ma także wymiar symboliczny: walkę o prawo do wolności osobistej i bycia sobą w demokratycznym państwie.
Ukraińskie prawo wojskowe od 2021 roku umożliwia służbę osobom LGBTQ+, co pozwalało im uczestniczyć w obronie kraju legalnie i bez ukrywania tożsamości. Reportaże z frontu pokazują, że queer Ukraińcy walczą nie tylko o terytorium, ale również o przyszłość społeczną, w której różnorodność jest akceptowana i szanowana.
Wojna w Ukrainie uwidoczniła, że heroizm i patriotyzm nie mają jednej definicji – mogą przyjmować formę zarówno walki z bronią w ręku, jak i odważnego stawania w obronie wartości, które dla wielu są równie istotne jak wolność kraju. Vlad Szast i jego towarzysze udowadniają, że queer Ukraińcy są gotowi stanąć na pierwszej linii frontu, nie rezygnując ze swojej tożsamości ani z marzeń o lepszej, wolnej Ukrainie.
Nie wiem dokładnie, jak wygląda sytuacja osób LGBTQ+ w polskiej armii. Nie sądzę jednak, żeby żołnierze nie mieli nic innego do roboty, tylko nienawidzić gejów i ich prześladować. Myślę, że ta nienawiść, która wyraża się wobec tej i innych mniejszości, pochodzi raczej ze świata polityki niż od przeciętnych ludzi. Owszem, jest podsycana i trafia być może na podatny grunt, ale jej spirytus movens jest zewnętrzny.
Dla poprawienia humoru i dodania odrobiny optymizmu przytoczę historię opowiedzianą mi przez mojego przyjaciela, zawodowego żołnierza. Otóż podczas pobytu na poligonie dwóch żołnierzy zostało przyłapanych pod prysznicem w trakcie uprawiania seksu oralnego. Od tego czasu w jednostce zaczęło funkcjonować powiedzenie: „w służbie ojczyzny i drugiego mężczyzny”.
Co mnie zaskoczyło i zwróciło moją uwagę, to fakt, że w/w hasło nie było wymierzone w przyłapanych żołnierzy, lecz traktowane jako zabawna anegdota, a samych żołnierzy żaden ostracyzm nie spotkał. Nikogo to zdarzenie nie oburzyło, nie zszokowało – nie było agresji ani prześladowania. Jedyne, co powstało w przestrzeni jednostki, to właśnie to powiedzenie, używane raczej w sposób przyjazny, a nie prześmiewczy.
Jakkolwiek nikomu z nas nie życzę wojny (choć mam nieodparte wrażenie, że wojna się zbliża), że w chwili próby, kiedy dojdzie do konfliktu, ci dwaj żołnierze nie będą mieli wątpliwości: czy bronić ojczyzny, czy chronić swoich kolegów.
Izrael i Stany Zjednoczone zaatakowały Iran z wielkim impetem. Oficjalne komunikaty epatowały liczbą zestrzelonych samolotów, zatopionych statków, wykonanych nalotów, zbombardowanych budynków i zabitych ludzi. Pierwsze dni potęgowały wrażenie zwycięstwa.
Dziś jednak, po dwunastu dniach wojny, okazuje się, że wojska Izraela i Ameryki nie tylko nie miały spójnego pomysłu na prowadzenie tej wojny, lecz także nie określono w sposób precyzyjny jej celów (wynika to wprost z oświadczenia Chrisa Murphy’ego – demokratycznego senatora z Connecticut, członka Senackiej Komisji Spraw Zagranicznych). W konsekwencji trudno powiedzieć, kiedy i w jakich okolicznościach można by uznać, że wojna została wygrana. Przede wszystkim jednak – jak się wydaje – zlekceważono przeciwnika, czyli Iran.
Cała ta sytuacja przypomina mi epizod z Wojna peloponeska, a dokładniej rajd Tebańczycy, którzy w liczbie około trzystu zajęli z wielkim impetem miasto Plateje. Początkowo mieszkańcy Platejów przestraszyli się i ustąpili. Tebańczycy zażądali poddania miasta. Platejczycy oznajmili jednak, że muszą się nad tym chwilę zastanowić.
Mimo pierwotnego strachu, który ogarnął mieszkańców Platejów, po pewnym czasie okazało się, że Tebańczyków wcale nie jest tak wielu i że nie są oni tak silni, jak początkowo sądzono. Nastał wieczór, potem noc, a dodatkowo zaczął padać deszcz. Wtedy okazało się, że Tebańczycy – choć wydawało się, że zajęli miasto i nad nim panują – zostali w nim w istocie uwięzieni. Nie znali miasta, było ciemno, niewiele widzieli, a sytuację dodatkowo utrudniał deszcz.
Platejczycy, po początkowym popłochu, zebrali się w sobie i zaczęli się przegrupowywać. Pod osłoną nocy i deszczu przeprowadzili skuteczne ataki. Nagle okazało się, że trzystu Tebańczyków, którzy sądzili, iż zdobyli miasto, znalazło się w śmiertelnej pułapce – właściwie w labiryncie śmierci, z którego nie potrafili się wydostać. Każda ulica mogła stać się dla nich śmiertelnym zaułkiem.
Mam wrażenie, że podobnie może być w przypadku Izraela i Stanów Zjednoczonych. O ile nie zajęli oni Iranu lądowo, o tyle zainwestowali w tę wojnę bardzo wiele – zarówno środki wojskowe jak i finansowe. Przy czym mówiąc o środkach wojskowych, mam tu na myśli nie najprostsze uzbrojenie, lecz zaawansowane systemy, które są kluczowe dla obrony własnych działań zbrojnych.
Z dostępnych informacji wynika, że zaczyna pojawiać się problem z ich dostępnością (Analizując najnowsze nagrania wideo przedstawiające ataki rakietowe i dronowe na Izrael, można zauważyć, że alarmy nie uruchamiają się przed nalotami tak jak jeszcze do niedawna. Ponadto na nagraniach widać, że pociski systemów obronnych nie trafiają w nadlatujące rakiety balistyczne ani w drony. Może to być wynikiem utraty przez Amerykanów części radarów, a także samych systemów antydronowych i przeciwrakietowych.). W konsekwencji Stany Zjednoczone nie tylko ściągają w region trzeci lotniskowiec (USS George H. W. Bush, CVN‑77), lecz także przenoszą systemy obrony powietrznej z Korei Południowej (system Patriot oraz THAAD, przechwytujący pociski balistyczne na dużej wysokości), pozostawiając swojego sojusznika w znacznie trudniejszej sytuacji. Można przypuszczać, że amunicja i sprzęt są również przerzucane z innych baz.
Jeśli sytuacja będzie rozwijać się w tym kierunku, nie można wykluczyć, że zasoby uzbrojenia zostaną poważnie uszczuplone również na innych kierunkach strategicznych. Iranu prawdopodobnie nie uda się zdobyć. A jeśli nie określono jasno warunków zwycięstwa, trudno będzie także ogłosić jego osiągnięcie.
Jeśli wojska USA i Izraela się wycofają – będzie to oznaczało porażkę. Jeśli walki zostaną przerwane – również będzie to można interpretować jako przyznanie się do niepowodzenia.
Innymi słowy, w moim odczuciu ta bańska pułapka Trumpa polega nie na tym, że wojska Izraela i USA wkroczyły do Iranu i zostały okrążone, lecz na tym, że USA i Izrael znalazły się w sytuacji bez dobrego wyjścia.
Przy tej okazji nazywa się retoryczna refleksja, że w tym samym czasie mogą zostać odsłonięte inne potencjalne kierunki konfliktów – na przykład wobec Rosji, Korei Północnej czy Chin. Co stanie się, jeśli Chiny zaatakują Tajwan, Korea Północna Koreę Południową, a Rosja – na przykład Łotwę? Kto, czym i gdzie będzie wówczas bronił pozostałych?
Wszystko wskazuje na to, że Stany Zjednoczone i Izrael są w tej wojnie osamotnione. Mimo że Iran atakuje wielu przeciwników w regionie, w rzeczywistości nikt nie chce włączyć się do wojny po stronie Izraela i USA.
Dramatyzm tej sytuacji będzie się pogłębiał z każdym kolejnym dniem trwania konfliktu, który jednocześnie będzie przyczyniał się do stopniowego uszczuplania zapasów uzbrojenia.
Nie można wykluczyć, że prezydent Donald Trump będzie próbował wzywać sojuszników z NATO do udzielenia pomocy. Niewykluczone też, że będzie powoływał się na Artykuł 5 Traktatu Waszyngtońskiego.
Jakkolwiek mam krytyczne zdanie o europejskiej klasie politycznej, nie sądzę jednak, aby jej przedstawiciele nie dostrzegali bezsensu tej sytuacji oraz tego, że wojna ta od początku obarczona jest ryzykiem poważnego niepowodzenia.
Jeśli któryś z sojuszników zdecyduje się na wsparcie, będzie ono najpewniej miało charakter symboliczny. Nie sądzę, aby jakiekolwiek państwo wysłało teraz swoją armię na wojnę na Bliskim Wschodzie, podczas gdy realne zagrożenie znajduje się znacznie bliżej — na wschodniej flance Europy, w rejonie granic Ukrainy, Białorusi i Rosji.
Taka sytuacja może doprowadzić do napięć między sojusznikami, a w konsekwencji do sporów, podziałów i osłabienia całego sojuszu.
W moim odczuciu wszystkie te okoliczności tworzą sytuację, którą nazwałem tebańską pułapką Trumpa. W przeciwieństwie do pułapki, w jakiej znaleźli się niegdyś tebańscy hoplici, jest to pułapka mentalna — polegająca na tym, że prezydent USA znalazł się w pułapce decyzyjnej. Trudno będzie mu podjąć decyzję, która w taki czy inny sposób nie byłaby przyznaniem się do porażki.
Nawet jeśli Trump — z czego jest znany — będzie próbował zaklinać rzeczywistość, porażka może okazać się widoczna dla wszystkich. A słabość lidera bywa zaproszeniem dla innych państw do przetestowania siły Stanów Zjednoczonych.
Książka Johna J. Mearsheimera pt. „Dlaczego liderzy kłamią: Prawda o kłamstwie w polityce międzynarodowej” (Why Leaders Lie: The Truth about Lying in International Politics”, 2011) to pionierska analiza zjawiska kłamstwa w stosunkach międzynarodowych prowadzona z perspektywy realizmu politycznego. Autor stawia prowokacyjną tezę, że choć kłamstwo jest powszechnie potępiane w życiu prywatnym, w polityce zagranicznej bywa ono użytecznym, a czasem wręcz koniecznym narzędziem realizacji interesu narodowego.
Mearsheimer stwierdza zatem na początkowych stronach swojego dzieła: „Faktem jest jednak, że istnieją uzasadnione strategicznie powody, dla których przywódcy kłamią zarówno wobec własnych obywateli, jak i wobec innych państw. Te praktyczne racje niemal zawsze przeważają nad powszechnie znanymi i szeroko akceptowanymi normami moralnymi zakazującymi kłamstwa. W istocie, liderzy czasami uważają, że mają moralny obowiązek kłamać, aby chronić swój kraj. Oczywiście przywódcy nie zawsze kłamią w sprawach polityki zagranicznej, lecz od czasu do czasu mówią rzeczy lub celowo sugerują pewne fakty, o których wiedzą, że nie są prawdziwe. Ich obywatele zazwyczaj nie karzą ich za takie podstępy, chyba że prowadzą one do złych skutków. Wyraźnie widać, że zarówno przywódcy, jak i ich społeczeństwa postrzegają kłamstwo jako integralny element stosunków międzynarodowych.” (But the fact is that there are good strategic reasons for leaders to lie to their publics as well as to other countries. These practical logics almost always override well-known and widely accepted moral strictures against lying. Indeed, leaders sometimes think that they have a moral duty to lie to protect their country. Leaders do not always lie about foreign policy, of course, but they occasionally say things or purposely imply things that they know are not true. Their publics usually do not punish them for their deceptions, however, unless they lead to bad results. It seems clear that leaders and their publics believe that lying is an integral part of international relations. – MEARSHEIMER 2011: 17).
W konkluzji (rozdział 9) swojej książki Mearsheimer zauważa: “Liderzy nie tylko kłamią innym państwom, lecz także własnym obywatelom, czyniąc to, ponieważ uważają, że leży to w najlepszym interesie ich kraju. Czasami mają w tym rację. Kto mógłby twierdzić, że mężowie stanu i dyplomaci nie powinni okłamywać niebezpiecznego przeciwnika — zwłaszcza w czasie wojny — jeśli ich podstępy przynoszą strategiczne korzyści? Najlepszym przykładem sytuacji, w której kłamstwo odegrało istotną rolę w przesunięciu równowagi sił na korzyść kraju, jest przypadek, gdy fałszywe informacje Bismarcka przyczyniły się do tego, że Francja rozpoczęła wojnę z Prusami w 1870 roku. Prusy odniosły decydujące zwycięstwo, co doprowadziło do powstania potężnych Niemiec w sercu Europy.” (Leaders not only tell lies to other countries, they also lie to their own people, and they do so because they believe it is in the best interest of their country. And sometimes they are right. Who would argue that statesman and diplomats should not lie to a dangerous adversary—especially in wartime—if their deceptions deliver strategic benefits? Probably the best example of where lying played an important role in helping a country shift the balance of power in its favor was when Bismarck’s falsehoods helped cause France to start a war with Prussia in 1870. Prussia won a decisive victory, which led to the creation of a powerful Germany in the heart of Europe. – MEARSHEIMER 2011: 138).
Oczywiście Mearsheimer nie ogranicza się do prostego stwierdzenia, że politycy kłamią – fakt ten jest przecież rodzajem społecznej oczywistości. Kłamstwo kłamstwu nierówne, dlatego Mearsheimer dokładniej niuansuje sposób, w jaki należy rozumieć jego strukturę i funkcję w polityce, zwłaszcza w stosunkach międzynarodowych.
DEFINICJA I RODZAJE KŁAMSTWA
Mearsheimer odróżnia kłamstwo (świadome podawanie fałszywych informacji) od innych form oszustwa, takich jak ukrywanie (faktów) czy spinning (interpretowanie faktów w korzystny sposób). Autor skupia się na kłamstwach strategicznych, czyli takich, które służą dobru wspólnoty, a nie prywatnym korzyściom liderów.
Wyróżnia on siedem rodzajów kłamstw międzynarodowych, z których najważniejsze to:
– Kłamstwa między państwami (Inter-state lies): Lider jednego państwa kłamie liderowi innego państwa (sojusznikowi lub wrogowi), aby uzyskać przewagę strategiczną, skłonić go do konkretnego działania lub powstrzymać przed atakiem.
– Sianie strachu (Fearmongering): Liderzy okłamują własne społeczeństwo, wyolbrzymiając zagrożenie ze strony innego państwa. Robią to, ponieważ uważają, że społeczeństwo jest zbyt complacent (zbyt pewne siebie/obojętne) i nie dostrzega potrzeby podjęcia radykalnych kroków w celu ochrony interesu narodowego.
– Strategiczne tuszowanie (Strategic cover-ups): Kłamstwa mające na celu ukrycie przed własnym narodem lub światem błędnej polityki, niepowodzeń militarnych lub kontrowersyjnych działań. Nie służą one ratowaniu kariery polityka (choć mogą przy okazji), ale ochronie państwa przed destabilizacją lub utratą reputacji.
– Mity nacjonalistyczne (Nationalist mythmaking): Liderzy i elity tworzą fałszywe lub mocno upiększone wersje historii swojego narodu. Przedstawiają własny kraj jako zawsze sprawiedliwy i będący ofiarą, a inne narody jako agresorów. Cel to budowa silnej tożsamości narodowej i spójności wewnętrznej.
– Kłamstwa liberalne (Liberal lies): Specyficzny rodzaj kłamstwa, w którym liderzy państw liberalnych (jak USA) tuszują bezwzględne działania wynikające z twardej walki o wpływy (realizmu), ubierając je w szaty obrony praw człowieka, demokracji i norm moralnych. Ma to na celu uniknięcie oskarżeń o hipokryzję.
– Kłamstwa imperialne (Imperial lies): Liderzy kłamią na temat kosztów i celów utrzymania imperium lub prowadzenia dalekich wojen kolonialnych/ekspedycyjnych. Często ukrywają fakt, że polityka ta służy wąskiej elicie, a nie całemu narodowi, lub że imperium zaczyna słabnąć.
– Kłamstwa ignominijne (Ignominious lies): To kłamstwa mające na celu ukrycie łamania ogólnie przyjętych norm międzynarodowych lub zbrodni, których państwo się dopuściło. Różnią się od tuszowania strategicznego tym, że dotyczą zachowań powszechnie uznanych za haniebne (np. zbrodnie wojenne), a ich ujawnienie mogłoby doprowadzić do całkowitej izolacji państwa na arenie międzynarodowej.
Mearsheimer zaznacza, że wszystkie te rodzaje kłamstwa – mimo że moralnie wątpliwe – są z punktu widzenia autora narzędziami polityki zagranicznej, po które liderzy sięgają w celu ochrony lub wzmocnienia swojego państwa.
GŁÓWNE TEZY MEARSHEIMERA
Liderzy kłamią rzadziej innym państwom niż własnym obywatelom. To jedna z najbardziej zaskakujących konkluzji Mearsheimera. W relacjach międzynarodowych panuje duża nieufność, a kłamstwo łatwo wykryć, co czyni je mało skutecznym narzędziem w dyplomacji. Natomiast obywatele zazwyczaj ufają swoim liderom, co czyni ich łatwiejszym celem manipulacji.
Demokracje kłamią częściej. Państwa demokratyczne, zwłaszcza te prowadzące ambitną politykę zagraniczną (jak USA), mają większą skłonność do siania strachu, by zmobilizować opinię publiczną do wojen, które nie są bezpośrednio wymuszone przez egzystencjalne zagrożenie.
Przyczyną kłamstwa jest anarchia międzynarodowa. Brak nadrzędnej władzy (światowego rządu) zmusza państwa do dbania o własne przetrwanie za wszelką cenę. W tym „świecie samopomocy” zasady moralne ustępują logice bezpieczeństwa.
NEGATYWNE SKUTKI KŁAMSTWA (DOWNSIDE)
Mearsheimer ostrzega przed dwoma głównymi zagrożeniami:
Backfiring (spalenie na panewce): Kłamstwo może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego w polityce zagranicznej, np. wywołać niepotrzebny wyścig zbrojeń lub wciągnąć kraj w katastrofalną wojnę (przykład: wojna w Wietnamie lub Iraku).
Blowback (rykoszet): To najgroźniejszy skutek – systematyczne okłamywanie własnego społeczeństwa niszczy zaufanie do instytucji państwowych i korumpuje życie polityczne wewnątrz kraju.
Mearsheimer konkluduje, że choć kłamstwo jest czasami „noble lie” (szlachetnym kłamstwem) w służbie państwa, to częściej okazuje się narzędziem niebezpiecznym, które może podkopać fundamenty samej demokracji.
Nie milkną echa tragicznego ataku na szkołę w mieście Minab w Iranie. Według pierwszych doniesień medialnych w wyniku uderzenia rakietowego zginęło około 170 osób, w większości uczennic szkoły dla dziewcząt Shajareh Tayyebeh Girls School.
Od początku pojawiały się sprzeczne informacje dotyczące odpowiedzialności za atak. Władze Iranu oskarżyły o jego przeprowadzenie Stany Zjednoczone i Izrael. Prezydent Donald Trump zaprzeczał, aby atak został przeprowadzony przez siły amerykańskie. Jego wypowiedzi w tej sprawie były jednak niespójne – w różnych momentach sugerował on, że za uderzenie może odpowiadać Izrael lub nawet sam Iran.
Dodatkowe kontrowersje wywołało nagranie wideo zarejestrowane w chwili ataku. Według części analityków uzbrojenia materiał ten wskazuje, że użyta broń mogła być pociskiem manewrującym typu Tomahawk cruise missile. Broń ta pozostaje w arsenale Stanów Zjednoczonych oraz ich najbliższych sojuszników, m.in. Wielkiej Brytanii, a w ostatnich latach została także zamówiona przez Australię, Japonię, Holandię i Kanadę. Państwa te nie uczestniczą jednak bezpośrednio w obecnym konflikcie, co czyni scenariusz ich użycia mało prawdopodobnym.
Niektóre relacje świadków wskazują również, że w rejonie szkoły mogło dojść do dwóch eksplozji w odstępie kilkudziesięciu minut. Tego rodzaju sekwencja uderzeń przypomina taktykę znaną jako „podwójne uderzenie” (double tap strike). Polega ona na ponownym ataku w miejsce pierwszej eksplozji w momencie, gdy na miejscu pojawiają się służby ratunkowe i osoby udzielające pomocy poszkodowanym.
Warto wspomnieć, że w przeszłości na Bliskim Wschodzie dochodziło do zamachów terrorystycznych, w których stosowano wyżej wspomnianą taktykę „podwójnego uderzenia” – polegającą na przeprowadzeniu pierwszego ataku, a następnie ponownym uderzeniu w momencie, gdy na miejsce przybywają służby ratunkowe i osoby udzielające pomocy rannym. Jednym z wydarzeń, które stało się inspiracją dla kina, był zamach w Rijad z 2003 roku, znany jako Riyadh compound bombings, przeprowadzony przez bojowników powiązanych z Al‑Qaeda. W atakach tych użyto samochodów-pułapek skierowanych przeciwko zamkniętym osiedlom mieszkaniowym, w których przebywali m.in. pracownicy zagranicznych firm i obywatele państw zachodnich. Wydarzenia te stały się jednym z głównych punktów odniesienia dla scenariusza amerykańskiego filmu „The Kingdom” z 2007 roku, który przedstawia fikcyjne śledztwo agentów FBI prowadzone po zamachu na amerykański kompleks mieszkalny w Arabii Saudyjskiej.
Chociaż na obecnym etapie śledztwa wiele okoliczności tragedii pozostaje niewyjaśnionych, a odpowiedzialność za atak jest przedmiotem międzynarodowego sporu, to trudno oprzeć się oczywistej, jak mogłoby się wydawać, konkluzji, że skoro Amerykanie jako jedyni w tym konflikcie dysponują pociskami Tomahawk, to tylko oni mogli ich użyć. a ewentualne zastosowanie technika podwójnego ataku wskazuje na celowość uderzenia.
Dla osób niezaznajomionych bliżej z prawem przedstawiam poniżej bezsporne, jak się wydaje, fakty dotyczące okoliczności zdarzenia.
Pierwszego dnia wojny, tj. 28 lutego 2026 r., w irańskim mieście Minab doszło do tragicznego w skutkach ataku rakietowego, w wyniku którego zniszczona została szkoła dla dziewcząt Shajareh Tayyebeh Girls School. Według doniesień medialnych i lokalnych władz w zdarzeniu zginęło około 170 osób, głównie uczennic w wieku szkolnym (7-12 lat), a kilkadziesiąt zostało rannych.
Atak miał miejsce w godzinach przedpołudniowych podczas zajęć lekcyjnych. Według wstępnych ustaleń pocisk uderzył w kompleks znajdujący się w pobliżu szkoły, gdzie miała znajdować się infrastruktura związana z Islamic Revolutionary Guard Corps. Siła eksplozji doprowadziła do poważnych zniszczeń budynku szkoły i zawalenia części konstrukcji.
W przestrzeni medialnej pojawiły się nagrania i zdjęcia analizowane przez ekspertów wojskowych, które – według niektórych analiz – mogą wskazywać na użycie pocisku manewrującego typu Tomahawk cruise missile. Odpowiedzialność za atak pozostaje jednak przedmiotem sporów i międzynarodowych dochodzeń. Iran oskarża o przeprowadzenie uderzenia Stany Zjednoczone i Izrael, podczas gdy strona amerykańska prowadzi własne śledztwo i nie potwierdziła oficjalnie tych zarzutów.
Organizacje międzynarodowe przypominają, że szkoły są obiektami cywilnymi chronionymi przez prawo humanitarne, a ataki na nie – jeśli nie mają charakteru militarnego – mogą być uznane za poważne naruszenie prawa wojennego. Sprawa pozostaje jednym z najbardziej dramatycznych wydarzeń w obecnym konflikcie na Bliskim Wschodzie.
Ps. Krótko po moim wpisie The New York Times opublikował artykuł referujący wstępne wyniki śledztwa. Wstępne dochodzenie wykazało, że to Stany Zjednoczone są odpowiedzialne za atak pociskiem Tomahawk na szkołę podstawową Shajarah Tayyebeh w miejscowości Minab, do którego doszło 28 lutego. Polecam lekturze tekst: https://www.nytimes.com/2026/03/11/us/politics/iran-school-missile-strike.html?unlocked_article_code=1.SVA.Iq2w.rO56zHfJMiEx&smid=url-share
Trudno oprzeć się wrażeniu, że armia USA wraz z armią Izraela odniosły wielki sukces w Iranie – udało im się zabić 80-letniego starca, ponad 160 siedmioletnich dziewczynek i zniszczyć nieuzbrojony okręt.