Pękła żelazna kopuła Izraela – Iran kontratakuje

W nocy z 21 na 22 marca 2026 roku Iran przeprowadził serię ataków rakietowych na terytorium Izraela, które objęły południowe miasta Arad i Dimona, położone w pobliżu izraelskich instalacji nuklearnych. Ostrzały spowodowały dziesiątki obrażeń wśród ludności cywilnej, w tym dzieci, a w regionie zgłoszono około 200 rannych, z których wiele osób odniosło poważne obrażenia. Systemy obrony powietrznej Izraela nie przechwyciły wszystkich pocisków, jednak Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej oraz izraelskie źródła potwierdziły, że ośrodek nuklearny w Dimonie nie doznał żadnych uszkodzeń i nie wykryto żadnego zagrożenia radiacyjnego. Ataki te są częścią trwającego konfliktu między Iranem a Izraelem oraz ich sojusznikami, który eskalował po wzajemnych uderzeniach w instalacje wojskowe i nuklearne od lutego 2026 roku.

Analizując najnowsze wydarzenia, trudno oprzeć się wrażeniu, że dotychczasowe ataki Iranu na Izrael miały nie tyle za zadanie zniszczyć konkretne cele, co przetestować i przeciążyć system obrony powietrznej kraju. Wcześniejsze uderzenia, prowadzone w dużej mierze przy użyciu pocisków balistycznych i dronów, były stosunkowo łatwo przechwytywane przez izraelską „Żelazną Kopułę”. Jednak ich prawdziwym celem mogło być wystrzelenie się ze wszystkich rakiet, zmuszenie obrony do maksymalnego wysiłku i odsłonięcie słabych punktów.

Efekt jest już widoczny. Izrael, jeśli jeszcze nie w pełni, to w dużej mierze stał się równie narażony na naloty, jak wcześniej był Iran. Choć wciąż można używać myśliwców do zestrzeliwania dronów i pocisków balistycznych, to skuteczność tej formy obrony jest wielokrotnie niższa niż systemów naziemnych. W praktyce dalsza obrona Izraela staje się bardzo trudna, jeśli nie wręcz niemożliwa w dotychczasowej formie.

Ten atak odsłonił nie tylko ograniczenia technologiczne „Żelaznej Kopuły”, ale również mit jej niezawodności. Okazuje się, że teoria, według której system ten miał być absolutnie skuteczny, nie wytrzymuje próby przy zmasowanej salwie pocisków. Rakiet po prostu może zabraknąć, a tym samym struktura obronna, która do tej pory wydawała się niezawodna, nagle staje się bezbronna.

W tym samym czasie pękł też inny mit – narracja Benjamina Netanjahu i Donalda Trumpa, według której Iran został pokonany i niezdolny do dalszej walki. Rzeczywistość pokazuje, że Iran wciąż dysponuje zdolnością ofensywną, a jego potencjał do kontrataków jest realny i skuteczny. Nie bez znaczenia jest również fakt, że system cenzury wojskowej w Izraelu, który przez lata ograniczał informacje o skutkach ataków, nie jest już w stanie ukryć obecnych strat. Ataki stały się tak duże i ewidentne, że nie da się ich po prostu zamieść pod dywan.

Cała sytuacja – odwołując się do filmowej analogii – przypomina sceny znane z filmu Black Hawk Down, gdzie po pozornie udanym ataku nagle dochodzi do kontruderzenia przeciwnika, a inicjatywa wojskowa zostaje utracona. W przypadku Izraela można powiedzieć, że ta utrata inicjatywy stała się faktem. Dotychczasowa przewaga technologiczna i systemowa nie gwarantuje już bezpieczeństwa, a dalsze manewry obronne mogą okazać się coraz trudniejsze do realizacji.

Wnioski są jednoznaczne. Eskalacja ataków Iranu obnażyła nie tylko techniczne ograniczenia izraelskiej obrony powietrznej, ale również polityczne iluzje o całkowitej przewadze nad przeciwnikiem. To moment, w którym teoria i praktyka zderzają się z brutalną rzeczywistością wojny, a kalkulacje polityczne i militarne muszą zostać zrewidowane.

Na zakończenie przychodzi przywołać słowa amerykańskiego generała “We’ve lost the initiative.”, które powinny brzmieć jako memento.

Źródło:

https://www.haaretz.com/israel-news/israel-security/2026-03-21/ty-article/.premium/iranian-barrage-wounds-27-in-southern-israels-dimona-including-12-year-old-boy/0000019d-11b7-d82a-addd-51f702f40000?utm_source=chatgpt.com

https://www.haaretz.com/israel-news/israel-security/2026-03-22/ty-article-live/.premium/trump-gives-iran-48-hour-ultimatum-to-reopen-strait-of-hormuz/0000019d-13d9-de86-abff-93d9dc510000

Trump – wygrał bitwę, przegrał wojnę

Chyba nie tylko studenci historii słyszeli łacińską sentencję historia magistra vitae est — historia jest nauczycielką życia. Jednak doświadczenie życiowe pokazuje, że historia nie uczy, że ludzie rzadko wyciągają z niej wnioski. Niezależnie jednak od tego chciałbym, odnosząc się do wojny w Iranie, odwołać się właśnie do historii świata antycznego.

Robienie takich ahistorycznych analogii zawsze obarczone jest ryzykiem błędu. Niemniej jednak dostrzegam pewne podobieństwa między sytuacją, w jakiej znalazł się Oktawian August, a sytuacją Donalda Trumpa.

Oktawian August planował podbić Germanię. Wysłał tam znaczny korpus ekspedycyjny — jeśli pamięć mnie nie myli, w postaci trzech legionów. Dowodził nimi Kwintyliusz Warus. Niestety w 9 roku naszej ery wojska rzymskie poniosły sromotną klęskę. Zostały wciągnięte w zasadzkę w Lesie Teutoburskim i niemal doszczętnie wybite.

Był to ogromny szok dla dotąd niemal zawsze zwycięskiej armii rzymskiej. Klęska była tym bardziej dotkliwa, że Rzymianie utracili tzw. orły legionowe, czyli symbole legionów, których utrata była wielkim dyshonorem.

Kiedy cesarz otrząsnął się po klęsce, podjęto działania odwetowe. Kluczową rolę odegrali Tyberiusz oraz Germanik. Ten drugi przeprowadził w latach 14–16 n.e. kilka wypraw w głąb Germanii, staczając szereg potyczek i odnosząc pewne sukcesy, w tym odzyskując część utraconych orłów legionowych.

Mimo to Rzymianie nie zdecydowali się na trwałe zajęcie tych terenów. Utrzymano linię Renu jako granicę imperium, a marzenie o podboju Germanii zostało porzucone.

Działania Germanika miały więc w dużej mierze charakter symboliczny: nie podbił Germanii, ale odzyskał orły legionowe – symbole zwycięskiego Rzymu! W ten sposób przywróciły prestiż Rzymu i pozwoliły „zamknąć” traumę po klęsce Warusa, ale w rzeczywistości nie doprowadziły do strategicznego zwycięstwa.

W tej chwili dla Trumpa nie jest najważniejsze, czy odniesie realne zwycięstwo w konflikcie z Iranem. Można przypuszczać, że chodzi raczej o wyjście z tej sytuacji z twarzą — o osiągnięcie zwycięstwa w sensie symbolicznym – „ o odzyskanie orłów legionowych”.

Nawet jeśli doszłoby do jakiegoś większego uderzenia, w tym lądowego, mogłoby ono mieć przede wszystkim znaczenie demonstracyjne, służące stworzeniu wrażenia rozstrzygnięcia konfliktu.

Podsumowując, można by sparafrazować myśl Tacyta o Tyberiuszu – że tak jak Tybieriusz w bitwach był chwiejny, a w wojnie niezwyciężony, tak Donald Trump w bitwie był zwycięski, lecz w wojnie zwyciężony. A w każdym razie tak to na razie wygląda.

USA przegrywa w wojnie symbolicznej?

Trwająca już piąty rok wojna na Ukrainie oraz codzienne relacje z frontu wyedukowały już chyba niemal każdego. Stąd można założyć, że większość z nas rozumie, iż wojna toczy się nie tylko w przestrzeni militarnej, gdzie mówimy wprost o starciu sprzętu i ludzi, lecz także w przestrzeni komunikacyjnej i propagandowej, w której mamy do czynienia z wojną symboli. Z taką właśnie wojną symboli mamy również do czynienia w odniesieniu do konfliktu w Iranie. Należy przy tym zauważyć, że po brawurowym, symbolicznym zwycięstwie w Wenezueli administracja Trumpa zdaje się ponosić kolejne symboliczne porażki w kontekście wojny w Iranie. Zacznijmy jednak od faktów.

Myśliwiec F-35A Lightning II Sił Powietrznych USA został trafiony ogniem z ziemi podczas misji nad Iranem 19 marca i zmuszony do awaryjnego lądowania w amerykańskiej bazie. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej opublikował nagranie, które ma rzekomo przedstawiać moment trafienia maszyny przez irański system obrony powietrznej wykorzystujący pasywne czujniki podczerwieni. Technologia ta, działająca poprzez wykrywanie źródeł ciepła, stanowi alternatywę dla radarów i była wcześniej stosowana m.in. w Jemenie. Zdarzenie jest obecnie przedmiotem dochodzenia prowadzonego przez United States Central Command.

W internecie trwa dyskusja na temat tego, czy amerykański myśliwiec został jedynie uszkodzony, czy też faktycznie zestrzelony. Niezależnie od tego, jak jest w rzeczywistości – o czym zapewne wkrótce się dowiemy – nie ulega wątpliwości, że myśliwiec F-35A Lightning II uchodził za symbol nowoczesności. Miał być najlepszy na świecie, niewykrywalny, a tym samym niezestrzeliwalny. Tymczasem okazuje się, że rzekomo pokonana armia Iranu – która, jak zapewniał Donald Trump, miała już utracić swoją obronę przeciwlotniczą – była w stanie namierzyć i trafić ten samolot, wykorzystując technologię inną niż klasyczne systemy radarowe.

Nawet jeśli maszynę uda się naprawić, sam fakt jej namierzenia i trafienia ma znaczenie symboliczne. Okazuje się bowiem, że nie jest ona tak doskonała, jak wcześniej zapewniano. Pomijając przy tym kontrowersje wokół wypowiedzi prezydenta Trumpa dotyczących rzeczywistego stanu wojny w Iranie, warto zauważyć, że nie jest to jedyny symbol, który uległ osłabieniu.

Wcześniej uszkodzony został inny symbol amerykańskiej potęgi militarnej – lotniskowiec. Konflikt ujawnił także ograniczenia systemów obrony przeciwlotniczej oraz podważył przekonanie o pełnej skuteczności amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa wobec sojuszników. W tym sensie można mówić o naruszeniu symbolicznej pozycji Stanów Zjednoczonych.

Innymi słowy, w sferze symbolicznej administracja Trumpa zdaje się ponosić straty. Ostateczny bilans pozostaje jednak otwarty – jak mawiał Sherlock Holmes, „piłka jest w grze” (“The game is afoot”).

Skala porażki będzie tym większa, im bardziej kolejne symbole amerykańskiej siły będą podważane. Na razie mowa o uszkodzeniach sprzętu i ograniczeniach systemów obronnych, lecz sytuacja uległaby znacznemu pogorszeniu w przypadku utraty myśliwca lub zatopienia lotniskowca.

Źródła:

https://timesofindia.indiatimes.com/world/us/us-f-35-struck-by-iranian-fire-jet-makes-emergency-landing-probe-under-way/articleshow/129683503.cms

Wojna w Iranie się przedłuży?

Jak podaje Reuters, Pentagon przygotował wniosek o ponad 200 mld dolarów związany z działaniami militarnymi wobec Iranu. Wniosek ten został skierowany do Białego Domu, czyli administracji prezydenta Donalda Trumpa, jako etap poprzedzający ewentualne przedstawienie go Kongresowi.

Może to wskazywać na istotne uszczuplenie zapasów amunicji i uzbrojenia armii USA oraz konieczność ich szybkiego uzupełnienia, co wiąże się również z potrzebą rozbudowy zdolności produkcyjnych przemysłu zbrojeniowego i poniesienia znacznych nakładów finansowych.

Jednocześnie wnioskowana kwota sugeruje, że planowanie nie ogranicza się wyłącznie do bieżących potrzeb, lecz obejmuje także przygotowanie na scenariusz przedłużającego się konfliktu oraz szersze wzmocnienie potencjału militarnego w perspektywie strategicznej.

Źródło: https://www.reuters.com/world/us/pentagon-seeks-more-than-200-billion-budget-request-iran-war-washington-post-2026-03-18/

Naomi Klein o roli wroga w polityce

Na marginesie uwag o partii PiS

Przytaczam fragment z książki „Doktryna szoku” (2007), w której Naomi Klein następująco pisze o partii PiS: „Kiedy „Solidarność” zdradziła robotników, którzy stworzyli ten ruch, wielu Polaków zwróciło się w stronę nowych organizacji, ostatecznie dopuszczając do władzy ultrakonserwatywne ugrupowanie Prawo i Sprawiedliwość. Polską rządzi obecnie prezydent Lech Kaczyński, rozczarowany działacz „Solidarności”, który – gdy był prezydentem Warszawy – zasłynął zakazem organizacji parady gejowskiej, a sam poparł pomysł „marszu normalności”. Kaczyński i jego brat bliźniak Jarosław (w 2006 roku premier) wygrali wybory w 2005 roku, prowadząc kampanię opartą w dużej mierze na hasłach atakujących politykę szkoły chicagowskiej. Ich główni konkurenci obiecywali likwidację państwowego systemu emerytalnego i wprowadzenie 15-procentowego podatku liniowego – oba rozwiązania są zaczerpnięte wprost z friedmanowskiego podręcznika. Bliźniacy wskazywali, że takie rozwiązania doprowadzą do zubożenia ludzi biednych i wzbogacenia nielicznej grupy wielkich biznesmenów i skorumpowanych polityków. Gdy jednak Prawo i Sprawiedliwość doszło do władzy, wybrało sobie łatwiejsze cele: gejów, Żydów, feministki, cudzoziemców, komunistów.” (KLEIN, 2019: s. 494–495)

Klein w swoich rozważaniach odnosi się do różnych państw i różnych ustrojów. Jej książka nie jest wprost poświęcona Polsce. To, co wydaje się w niej szczególnie ważne, to sposób, w jaki autorka na marginesie swoich głównych rozważań demaskuje rolę wroga w polityce.

Mówiąc inaczej, Klein pokazuje, w jaki sposób partie i rządy budują swoją siłę polityczną w kontrze do wroga — najlepiej wroga wielkiego, niemal nieśmiertelnego, takiego, którego nie można dotknąć, schwytać ani ostatecznie usunąć.

Taki wróg uzasadnia ciągłą mobilizację i jednocześnie legitymizuje władzę rządzącej partii. Nagle okazuje się, że społeczeństwa — także społeczeństwa demokratyczne — dla swojej egzystencji potrzebują wrogości, potrzebują walki, potrzebują wojny.

Potrzebują walczyć o pokój, bo spokojnie żyć nie potrafią.

Źródło zdjęcia: https://www.arts.ubc.ca/news/naomi-klein-on-the-future-of-climate-justice/

Zabili go, a on pije kawę

Czyli gdzie jest Netanjahu – mistrz szybkiej riposty?

Niedawno internet obiegły informacje o rzekomej śmierci premiera Izraela, Benjamina Netanjahu. Przyczynkiem do tych spekulacji było nagranie z przemówienia premiera, na którym rzekomo u jednej z jego rąk widać szósty palec, co zdaniem internautów wskazywałoby, że nagranie zostało wygenerowane przez sztuczną inteligencję. Internauci wyciągnęli stąd wniosek, że premier nie żyje, ponieważ – ich zdaniem – w przeciwnym razie nie byłoby potrzeby tworzenia takiego nagrania przy użyciu AI. Osobiście tego szóstego palca nie widzę, ale internet zawrzał. Żeby zdementować pogłoski i uspokoić społeczeństwo Izraela oraz nastroje w armii, premier nagrał wideo w kawiarni, w której pije kawę. Przy tej okazji Netanjahu sięgnął po ciekawą figurę retoryczną, którą poniżej omówię, ale najpierw jeszcze kilka uwag ogólnych.

Choć Netanjahu to jeden człowiek – skądinąd już w podeszłym wieku – i sam jeden Izraela fizycznie nie obroni, to jego śmierć miałaby tutaj znaczenie symboliczne. Netanjahu zyskał sobie opinię „niezatapialnego”. Nie chodzi tylko o kontekst wojenny, lecz również o polityczny – od wielu lat nie przegrywa wyborów i wciąż pozostaje u władzy, a także unika aresztowania i procesu za korupcję oraz zbrodnie wojenne. Innymi słowy, nie udaje się go „zatopić”.

Jego ewentualna śmierć wskutek nalotu Iranu miałaby znaczenie symboliczne. Nagle okazałoby się, że ten wyśmiewany Iran nie tylko się nie poddaje i dysponuje technologią pozwalającą razić cele na odległość, lecz przede wszystkim dokonałby tego, czego ani sami Izraelczycy ani Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze nie dokonali.

Stąd potencjalna waga tego wydarzenia: gdyby okazało się ono prawdziwe, uświadomiłoby kruchość – mówiąc najogólniej – sytuacji, w jakiej znajduje się Izrael. Podkopałoby nie tylko morale społeczeństwa izraelskiego i armii, lecz przede wszystkim dodałoby motywacji do działania wszystkim wrogom Izraela i spowodowałoby wzmożone, bardziej zaciekłe ataki.

Stąd olbrzymia waga tej informacji.

Przyczynkiem do spekulacji było nagranie wideo, w którym internauci doszukali się szóstego palca u ręki przemawiającego premiera. Aby uspokoić społeczeństwo izraelskie i nastroje w armii, Netanjahu nagrał wideo, w którym dowodzi, że nic mu nie jest, że żyje i nadal kieruje państwem. Netanjahu zapytany przez „dziennikarza” odpowiada:

Et ma sha’alta oti?
Choshev she-ata lo? Omrim ba-reshet she-ani bichlal MET.
Ani MET al kafe. Ata yodea ma? Ani MET al ha-am sheli.
Eich hem mitnahagim – fantastit.

את מה שאלת אותי)
חושב שאתה לא? אומרים ברשת שאני בכלל מת
אני מת על קפה. אתה יודע מה? אני מת על העם שלי
איך הם מתנהגים – פנטסטית)

Co mnie zapytałeś?
Myślisz, że nie [żyję – JMS]? W internecie mówią, że w ogóle nie ŻYJĘ.
Ja „UMIERAM za kawę”. Wiesz co? Ja „UMIERAM za mój naród”.
To, jak oni się zachowują – fantastycznie.

Wypowiedź premiera Netanjahu nawiązuje do idiomu z języka hebrajskiego, który pozwala tutaj na grę słów. Po polsku moglibyśmy to oddać zwrotem: „Dałbym się zabić za kawę”.

Wypowiedź premiera Netanjahu pokazuje ciekawe wykorzystanie różnych figur retorycznych. Najważniejsza z nich to gra słów, czyli paronomazja, polegająca na użyciu tego samego słowa lub rdzenia w dwóch znaczeniach – dosłownym, „nie żyję / jestem martwy”, oraz idiomatycznym, „umieram za coś”, czyli bardzo coś kochać/lubić, co tworzy klasyczny żart oparty na dwuznaczności słowa

Do tego dochodzi syllepsis, w której jedno słowo łączy się z różnymi sensami, zestawiając „umierać” w znaczeniu dosłownym z „umierać za coś” idiomatycznie, co dodatkowo potęguje efekt humorystyczny.

Wypowiedź zawiera też element ironii sytuacyjnej – internet twierdzi „on nie żyje”, a premier odpowiada: „Owszem — umieram. Za kawę”, przyjmując słowa przeciwnika i zmieniając ich sens, rozbrajając je humorem (tzw. stępienie ostrza).

Równocześnie widać paralelizm składniowy między „umieram za kawę” a „umieram za mój naród”, gdzie żart płynnie przechodzi w element patriotyczny.

Całość tworzy mini-strukturę retoryczną: od tezy przeciwnika, poprzez żart i grę słów, przejście do powagi, aż po pochwałę społeczeństwa, co jest klasycznym przykładem przejścia od ironii do patosu (tzw. kairos, w którym celował Gorgiasz z Leontinoi).

Źródło zdjęcia: https://wiadomosci.radiozet.pl/swiat/iran-grozi-netanjahu-bedziemy-go-scigac-ze-wszystkich-sil-i-zabijemy

„Przepowiednia” Huntingtona

Paradygmat cywilizacyjny w porządku międzynarodowym po zimnej wojnie: główne tezy Samuela P. Huntingtona

DAVOS/SWITZERLAND, 25JAN04 – Samuel P. Huntington, Chairman, Harvard Academy for International and Area Studies, USA, captured during the session 'When Cultures Conflict’ at the Annual Meeting 2004 of the World Economic Forum in Davos, Switzerland, January 25, 2004.

Copyright World Economic Forum (www.weforum.org)
swiss-image.ch/Photo by Peter Lauth

Ostatnio sięgnąłem ponownie do pracy Samuel P. Huntington, jego przełomowej książki The Clash of Civilizations and the Remaking of World Order (1997), znanej w polskim przekładzie jako „Zderzenie cywilizacji i nowy kształt ładu światowego”. Ostatni raz czytałem ją chyba — jeśli mnie pamięć nie zawodzi — w 2012 roku. Wtedy, jak mi się wydawało, była ona czymś w rodzaju księgi objawionej.

Thomas Mann wspominał kiedyś, że był na przedstawieniu Fausta Johanna Wolfganga von Goethe’go, bodajże w Wiedniu, i przypadkiem usłyszał, jak jeden z widzów po spektaklu stwierdził krytycznie, że ten Goethe to mądrala i mówi samymi cytatami. Gdy pierwszy raz czytałem książkę Huntingtona, pomyślałem o niej właśnie w podobny sposób. Miałem wrażenie, że niemal każde zdanie można z niej wyjąć i potraktować jako osobną tezę, twierdzenie, sentencję czy aforyzm. Bierze się to chyba stąd, że w dużej mierze jest ona napisana w sposób kategoryczny, przesądzający, a momentami nawet apodyktyczny.

Dziś jednak jestem wobec tej lektury bardziej krytyczny. Niezmiennie uważam jednak, że warto do niej wracać. Huntington niewątpliwie uchwycił procesy, które już wtedy zaczynały się ujawniać, a które znajdowały swoje echo także w kulturze popularnej — na przykład w filmie Blade Runner Ridley’a Scotta. Wszechobecna azjatyckość, która przewija się w tle tego filmu, była w istocie echem obaw trapiących wówczas społeczeństwo amerykańskie — obaw przed ekspansją kultury azjatyckiej, w tamtym czasie przede wszystkim japońskiej.

Czy obawy te były uzasadnione, czy też nie, zapewne jeszcze nieraz będzie przedmiotem dyskusji. Niemniej jednak warto sięgnąć po książkę Huntingtona nie tylko dlatego, że stanowi klasyczną pozycję z zakresu szeroko rozumianej geopolityki. Być może dziś — bardziej niż kiedykolwiek wcześniej — może ona pomóc człowiekowi zorientować się w świecie: w tym, co naprawdę ważne, w to, w co warto wierzyć i na czym powinien się w swoim życiu koncentrować. A także w tym, czy powinien ulegać podszeptom nacjonalizmu i różnego rodzaju fobii, czy też wielkomocarstwowym aspiracjom — nawet w przypadku tak stosunkowo niewielkich państw jak Polska.

Dodam, że książka Samuel P. Huntington, The Clash of Civilizations and the Remaking of World Order, należy do tych lektur, których nie sposób streścić w kilku zdaniach bez pominięcia wielu istotnych wątków. Rezygnując więc z ambicji całościowego omówienia tej pracy, ograniczę się do zwrócenia uwagi na kilka wybranych kwestii.

Kultura jako oś nowej polityki

Samuel P. Huntington (1997) stawia tezę, że w erze po zakończeniu zimnej wojny główne źródła konfliktów i podziałów na świecie nie mają już charakteru ideologicznego czy ekonomicznego, lecz kulturowy. Huntington prezentuje koncepcję wielobiegunowości, zmierzchu zachodniego uniwersalizmu oraz dynamikę konfliktów na liniach uskokowych między cywilizacjami.

Huntington proponuje zmianę paradygmatu w rozumieniu polityki globalnej. Według niego flagi, krzyże, półksiężyce i inne symbole tożsamości stały się ważniejsze niż ideologie polityczne. Autor zauważa, że ludzie definiują siebie poprzez pochodzenie, religię i język, co prowadzi do formowania się nowego ładu opartego na kręgach cywilizacyjnych, a przyszłość międzynarodowego ładu będzie zależeć o wzajemnych relacji między tymi kręgami.

Wielobiegunowy świat wielu cywilizacji

Zdaniem Huntingtona współczesny świat składa się z kilku głównych cywilizacji (m.in. zachodniej, prawosławnej, islamskiej, chińskiej, hinduistycznej, japońskiej i latynoamerykańskiej). Najważniejszym zjawiskiem jest odejście od układu dwubiegunowego na rzecz systemu, w którym interakcje zachodzą między wieloma niezależnymi centrami kulturowymi.

Pod koniec lat osiemdziesiątych świat komunistyczny uległ rozpadowi, a międzynarodowy system zimnej wojny przeszedł do historii. W po-zimno-wojennym świecie najważniejsze różnice między ludźmi nie mają charakteru ideologicznego, politycznego ani ekonomicznego. Mają one charakter kulturowy.” (In the late 1980s the communist world collapsed, and the Cold War international system became history. In the post-Cold War world, the most important distinctions among peoples are not ideological, political, or economic. They are cultural. – Huntington, 1997, s. 21; przytoczone zdanie w opublikowanym polskim przekładzie brzmi nieco inaczej: „Pod koniec lat osiemdziesiątych świat komunistyczny się załamał, zimnowojenny układ międzynarodowy przeszedł do historii. Najważniejsze  różnice  między  narodami  nie  mają  charakteru ideologicznego, politycznego czy ekonomicznego, lecz kulturowy”.).

Iluzja cywilizacji uniwersalnej i zmierzch Zachodu

Autor poddaje krytyce zachodnie przekonanie o uniwersalności własnej kultury. Huntington twierdzi, że modernizacja nie musi oznaczać westernizacji – społeczeństwa niezachodnie mogą przejmować technologię, zachowując jednocześnie własne wartości. Co więcej, potęga Zachodu relatywnie maleje w stosunku do rosnącej pewności siebie Azji Wschodniej i odrodzenia islamu.

Huntington powiada: „ Z normatywnego punktu widzenia zachodnia wiara w uniwersalizm zakłada, że ludzie na całym świecie powinni przyjąć zachodnie wartości, instytucje i kulturę, ponieważ ucieleśniają one najwyższy, najbardziej oświecony, najbardziej liberalny, najbardziej racjonalny, najbardziej nowoczesny i najbardziej cywilizowany sposób myślenia ludzkości.” (Normatively the Western universalist belief posits that people throughout the world should embrace Western values, institutions, and culture because the embody the highest, most enlightened, most liberal, most rational, most mod ern, and most civilized thinking of humankind. – Huntington, 1997, s. 310)

Jednak, jak zauważa Huntington: „Uniwersalistyczne roszczenia Zachodu coraz częściej prowadzą do konfliktów z innymi cywilizacjami, przede wszystkim z islamem i Chinami; na poziomie lokalnym wojny na liniach uskoku cywilizacyjnego — w dużej mierze między muzułmanami a niemuzułmanami — wywołują zjawisko ‘mobilizacji państw pokrewnych’, stwarzają groźbę szerszej eskalacji, a tym samym skłaniają państwa rdzeniowe do podejmowania prób powstrzymania tych konfliktów.” (The West’s universalist pretensions increasingly bring it into conflict with other civilizations, most seriously with Islam and China; at the local level fault line wars, largely between Muslims and non-Muslims, generate „kin-country rallying,” the threat of broader escalation, and hence efforts by core states to halt these wars. – Huntington, 1997, s. 20; w polskim opublikowanym przekładzie zdanie to brzmi: “Uniwersalistyczne aspiracje Zachodu prowadzą do nasilających się konfliktów z innymi cywilizacjami. Najpoważniejsze są konflikty z islamem i Chinami. Na szczeblu lokalnym wojny pograniczne, głównie między muzułmanami i niemuzułmanami, powodują „zwoływanie się krajów pokrewnych”, grożą dalszą eskalacją, co z kolei skłania państwa ośrodki cywilizacji do podejmowania wysiłków na rzecz powstrzymania tych wojen.”).

Konflikty na „liniach uskokowych”

Huntington (1997) wprowadza pojęcie „wojen na liniach uskokowych” (fault line wars), które toczą się między sąsiadującymi grupami z różnych cywilizacji. Najbardziej zapalnymi punktami są granice świata islamskiego, które autor określa mianem „krwawych”: „Granice islamu są krwawe, tak samo jak jego wewnętrzny obszar” (Islam’s borders are bloody, and so are its innards. – Huntington, 1997, s. 358). Huntington był niejednokrotnie krytykowany za tę wypowiedź. Na tę krytykę odpowiadał następująco: „Żadne inne sformułowanie zawarte w moim artykule w „Foreign Affairs” nie spotkało się z taką krytyką, jak zdanie „krwawe są granice islamu”. Oparłem tę ocenę na pobieżnym zestawieniu konfliktów międzycywilizacyjnych. Dane liczbowe pochodzące ze wszystkich obiektywnych źródeł w całej rozciągłości potwierdzają jej słuszność”. Jeśli spojrzeć na wojny w Iraku i teraz w Iranie, to trudno się z autorem nie zgodzić. Jednak – nie wchodząc z Huntingtonem w polemikę – przychodzi zapytać, a kto tę wojnę i krew tam sprowadził?

Państwa ośrodki i nowy ład

Wewnątrz cywilizacji kluczową rolę odgrywają tzw. państwa ośrodki (core states), które porządkują stosunki wewnątrz własnego kręgu kulturowego (np. USA dla Zachodu, Rosja dla prawosławia). Pokój światowy zależy od tego, czy państwa ośrodki będą powstrzymywać się od interwencji w konfliktach innych cywilizacji.

Przyszłość Stanów Zjednoczonych i Zachodu zależy od tego, czy Stany potwierdzą swą przynależność do cywilizacji zachodniej. W wymiarze wewnętrznym oznacza to niedawanie posłuchu syrenim pieśniom zwolenników wielokulturowości. W wymiarze międzynarodowym — odrzucenie mylących i złudnych wezwań do utożsamienia Stanów Zjednoczonych z Azją. Bez względu na związki ekonomiczne przepaść kulturowa dzieląca społeczeństwa Azji i Ameryki wyklucza ich połączenie we wspólnym domu. Pod względem kulturowym Amerykanie stanowią część rodziny zachodniej. Piewcy wielokulturowości mogą tę więź naruszyć, a nawet zniszczyć, ale niczym jej nie zastąpią. Amerykanie szukający swych kulturowych korzeni znajdują je w Europie” (The futures of the United States and of the West depend upon Americans reaffirming their commitment to Western civilization. Domestically this means rejecting the divisive siren calls of multiculturalism. Internationally it means rejecting the elusive and illusory calls to identity the United States with Asia. Whatever economic connections may exist between them, the fundamental cultural gap between Asian and American societies precludes their joining together in a common home. Americans are culturally part of the Western family; multiculturalists may damage and even destroy that relationship but they cannot replace When Americans look for their cultural roots, they find them in Europe. – Huntington, 1997, s. 307) .

„Przepowiednia” Huntingtona

Teoria Huntingtona, choć kontrowersyjna, dostarcza narzędzi do analizy współczesnych napięć geopolitycznych, których nie da się wyjaśnić wyłącznie interesami państw narodowych. Autor ostrzega, że największym zagrożeniem dla pokoju jest narzucanie zachodnich wartości społeczeństwom o odmiennych fundamentach kulturowych.

Na koniec przytoczę „proroczą” wypowiedź Huntimgtona: „Zachód w obecnej chwili dominuje i w kategoriach potęgi oraz wpływu pozostanie jeszcze długo w XXI wieku na czołowej pozycji. W układzie sił między cywilizacjami zachodzą jednak stopniowe, nieuniknione i  fundamentalne zmiany, a siła Zachodu w odniesieniu do innych cywilizacji będzie nadal słabnąć. Ze słabnięciem prymatu Zachodu znaczna część jego potęgi po prostu zaniknie, a reszta rozproszy się regionalnie między kilka głównych cywilizacji i państwa będące ich ośrodkami. Najbardziej rosną i będą rosnąć w siłę cywilizacje azjatyckie, Chiny zaś zajmują stopniowo pozycję państwa, które najprawdopodobniej stanie się głównym rywalem Zachodu, jeśli chodzi o wpływ na losy świata. Te przemieszczenia w układzie sił między cywilizacjami prowadzą i nadal będą prowadzić do odrodzenia kulturowego niezachodnich społeczeństw i wzmożenia ich kulturowej asertywności, a także coraz powszechniejszego odrzucania kultury Zachodu.” (The West is overwhelmingly dominant now and will remain number one in terms of power and influence well into the twenty-first century. Gradual, inexorable, and fundamental changes, however, are also occurring in the balances of power among civilizations, and the power of the West relative to that of other civilizations will continue to decline. As the West’s primacy erodes, much of its power will simply evaporate and the rest will be diffused on a regional basis among the several major civilizations and their core states. The most significant increases in power are accruing and will accrue to Asian civilizations, with China gradually emerging as the society most likely to challenge the West for global influence. These shifts in power among civilizations are leading and will lead to the revival and increased cultural assertiveness of non-Western societies and to their increasing rejection of Western culture. – Huntington, 1997, s. 82–83).

Bibliografia

Huntington, S. P. (1997). The Clash of Civilizations and the Remaking of World Order. Simon & Schuster.

Huntington, S. P. (2018). Zderzenie cywilizacji i nowy kształt ładu światowego (H. Jankowska, Tłum.). Zysk i S-ka Wydawnictwo. (Oryginał opublikowany w 1996 r.).

Źródło zdjęcia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Samuel_P._Huntington

Ile kosztuje tydzień wojny?

Przysłuchuję się dyskusjom na temat kosztów ewentualnej wojny Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem. Według niektórych szacunków pierwsze sześć dni tego konfliktu mogło kosztować około 11,3 miliarda dolarów. Pojawiały się przy tym głosy wątpliwości, czy Stany Zjednoczone w ogóle stać na prowadzenie tak kosztownej wojny.

Jeśli przyjąć uśredniony koszt działań wojennych na poziomie około 10 miliardów dolarów tygodniowo, nietrudno policzyć, ile kosztowałby miesiąc czy dwa miesiące takiego konfliktu.

Pomyślałem sobie jednak – mówię oczywiście pół żartem – że być może prezydent Stanów Zjednoczonych nie musi się tym aż tak bardzo martwić, skoro w ramach swojej „Rady Pokoju” zebrał około 60 miliardów dolarów.

Lotniskowiec płynie, a Amerykanie i tak toną

Aktualny konflikt na Bliskim Wschodzie – wojna Stanów Zjednoczonych i Izraela przeciwko Iranowi – skupia uwagę ekspertów od wojskowości i geopolityki. Chciałbym jednak spojrzeć na ten problem z nieco innej perspektywy: perspektywy komunikacyjnej, żeby nie powiedzieć marketingowej.

O sile każdej marki decyduje jej wiarygodność – coś, co w marketingu określa się mianem reason to believe, czyli powodu, dla którego wierzymy w daną markę. Kupujemy jakiś produkt, ponieważ jest produktem tej, a nie innej firmy. Mamy zaufanie do określonej marki i zakładamy, że skoro na przykład firma jest szwajcarska i produkuje zegarki, to możemy oczekiwać wysokiej jakości (nie rozstrzygam teraz, czy faktycznie tak jest, bo istotny jest sam mechanizm wiarygodności).

Mechanizm ten nie dotyczy wyłącznie marketingu. Charakteryzuje on ogólnie relacje międzyludzkie. Nawet Chrystus był wiarygodny nie dlatego, że mówił o sobie jako o kimś szczególnym, lecz dlatego, że dokonywał szczególnych czynów. To właśnie one składają się na katalog cudów – uzdrawianie chorych czy przywracanie życia zmarłym. Innymi słowy, jego wiarygodność nie wynikała z deklaracji, lecz z działania.

Podobnie jest w przypadku państw. Rola Stanów Zjednoczonych w świecie – ich „marka” – również opiera się na wiarygodności. Do tej pory była ona w dużej mierze nienaruszona. Z pewnością poważnym ciosem dla tej wiarygodności byłoby zniszczenie jednego z amerykańskich lotniskowców. W takim wypadku ucierpiałaby symboliczna siła Stanów Zjednoczonych.

W moim odczuciu jednak nie ma większego znaczenia, czy któryś z tych okrętów zostanie zatopiony. Mogą one nadal spokojnie pływać po oceanach, a mimo to marka Stanów Zjednoczonych zacznie tonąć. Dlaczego? Ponieważ wraz z rozpoczęciem tego konfliktu o pomoc do Stanów Zjednoczonych zwróciły się państwa związane z nimi sojuszami – Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt, Katar i inne kraje regionu. I co się okazuje? Amerykanie nie są w stanie zapewnić im realnej ochrony – a w wielu przypadkach nawet jej nie oferują.

Co więcej, Stany Zjednoczone przenoszą część swoich zasobów wojskowych z innych regionów świata na Bliski Wschód. Przykładem może być choćby wycofywanie systemów rakietowych z Korei. W efekcie pojawia się wrażenie, że Ameryka nie tylko nie dysponuje wystarczającą siłą, aby chronić wszystkich swoich sojuszników, lecz także że USA nie jest skłonna do tego działania.

Konsekwencje mogą być poważne. Nawet jeśli wojna na Bliskim Wschodzie zakończy się jakimś porozumieniem pokojowym – które każda ze stron ogłosi swoim zwycięstwem – to strata, jaką Stany Zjednoczone poniosą w sferze symbolicznej, może okazać się trwała. Będzie nią utrata wiarygodności.

Bliski Wschód nie będzie już taki sam jak wcześniej. W moim przekonaniu również pozycja „marki” Stanów Zjednoczonych w światowym systemie zacznie słabnąć. Nawet jeśli nie przełoży się to natychmiast na otwarty konflikt czy bezpośredni atak na Amerykę, zmieni się system sojuszy.

A to oznacza jedno: Stany Zjednoczone mogą przestać być postrzegane jako wiarygodny partner. Mogą utracić to, co w marketingu nazywa się reason to believe – powód, dla którego inni jeszcze im wierzą – Jak czyni to część polskiej klasy politycznej, uzależniająca bezpieczeństwo kraju od sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Choć – na marginesie dodam – w moim przekonaniu jest to wynik nie przemyślanej strategii, lecz raczej przejaw braku jakiegokolwiek pomysłu.

Grafika: AI

Wizja klęski Zachodu według Emmanuela Todda

Jestem właśnie po pierwszej lekturze książki Emmanuela Todda „Klęska zachodu” („La Défaite de l’Occident”, 2024) i muszę przyznać, że mam mieszane uczucia. Spotkałem się z opiniami, że książka stanowi rodzaj prowokacyjnej analizy obecnej sytuacji geopolitycznej, w której autor wieszczy koniec dominacji świata zachodniego.

Jestem właśnie po pierwszej lekturze książki Emmanuela Todda „Klęska zachodu” („La Défaite de l’Occident”, 2024) i muszę przyznać, że mam mieszane uczucia. Spotkałem się z opiniami, że książka stanowi rodzaj prowokacyjnej analizy obecnej sytuacji geopolitycznej, w której autor wieszczy koniec dominacji świata zachodniego.

Nie jestem pewien, czy lektura tej książki bardziej mnie sprowokowała, czy zainspirowała. Niewątpliwie jest to jednak książka ważna i warta lektury, stanowiąca cenny głos w dyskusji na temat otaczającej nas rzeczywistości. Trudno odmówić także celności wielu spostrzeżeniom autora oraz wnioskom, do jakich dochodzi. W kilku miejscach książka budzi jednak moje wątpliwości co do trafności opisu faktów.

Todd, mówiąc o swoim zadaniu, powiada, że „moją rolą jako badacza nie jest ocenianie faktów, ale ich właściwa interpretacja socjologiczna” (Todd, 2024, s. 227). Jako filozof mógłbym zapytać, czy takie zadanie jest w ogóle możliwe do zrealizowania. Czy można oddzielić ocenę faktów od ich interpretacji? Czy interpretacja nie jest już sama w sobie pewną ich oceną?
Pomijając jednak tę kwestię filozoficzną, uwagę zwracają wypowiedzi samego autora, który zdaje się nie tylko opisywać rzeczywistość, lecz także ją oceniać. Moją uwagę szczególnie przyciągają rozważania Todda dotyczące stosunku Zachodu do Rosji. Chwilami odnoszę wrażenie, że autor chce nas przekonać, iż nasze obawy przed Rosją mają charakter irracjonalny. Zastanawiam się jednak, czy obawy Europejczyków wobec Hitlera w czasie drugiej wojny światowej także miały charakter irracjonalny.


Nie chcę się jednak wdawać w polemikę – tym bardziej trudną, że autor nie może tutaj odpowiadać. Ograniczę się zatem do zreferowania książki, którą uważam za bardzo ciekawą i naprawdę wartą lektury.

1. Zmierzch potęgi USA i „stan zero” religii

Główną tezą Todda jest to, że fundamentem sukcesu Zachodu (zwłaszcza USA, Wielkiej Brytanii i Niemiec) był etos protestancki, który promował edukację i dyscyplinę pracy. Głównym motorem upadku Zachodu jest ostateczny zanik matrycy protestanckiej, która wcześniej napędzała rozwój. Autor twierdzi, że Protestantyzm umarł, co doprowadziło do powstania „stanu zero” religii. Skutkuje to zanikiem moralności zbiorowej, poczucia wspólnoty i logiki w działaniu elit, co Todd nazywa nihilizmem. Todd powiada: „Wyjaśniam, w jaki sposób „stan zerowy” religii protestanckiej – sekularyzacja w ostatecznym stadium – tłumaczy nie tylko załamanie amerykańskiej edukacji i przemysłu. Stan zerowy otwiera również pustkę metafizyczną”. „Protestantyzm, który w dużej mierze stanowił o sile gospodarczej Zachodu, umarł. Zjawisko to (…) okaże się (…) jedną z kluczowych, o ile nie najważniejszą, decydującą przyczyną obecnych globalnych zawirowań”. (TODD 2024: 16, 34)

Nihilizm jest definiowany przez Todda jako pęd do niszczenia oraz negowanie obiektywnej prawdy (np. w kwestiach biologicznych): „Nihilizm (…) ma dwa zasadnicze wymiary. Pierwszy (…) to wymiar fizyczny: popęd destrukcji rzeczy i ludzi. Drugi wymiar (…) wyraża się nieodpartym dążeniem do zniszczenia samego pojęcia prawdy, uniemożliwienia jakiegokolwiek rozsądnego opisu świata” (TODD 2024: 35–36). Todd przytacza następujący przykład: „Fakty są proste i dokonam szybkiego ich podsumowania. Genetyka wyklucza przemianę mężczyzny (chromosomy XY) w kobietę (chromosomy XX) i odwrotnie. Twierdzenie, że to możliwe, jest afirmacją fałszu – typowo nihilistycznym aktem intelektualnym. Jeśli ta  potrzeba głoszenia nieprawdy, oddawania jej czci i narzucania społeczeństwu jako prawdy dominuje w określonej grupie społecznej  (głównie w wyższych klasach średnich) oraz w jej mediach („New York Times”, „Washington Post”), mamy do czynienia z nihilistyczną religią.”. (TODD 2024: 227–228)

2. Słabość przemysłowa Zachodu

Todd zwraca uwagę na paradoks: mimo że PKB Zachodu jest wielokrotnie wyższe niż Rosji, to Zachód nie nadąża z produkcją broni (np. pocisków artyleryjskich) dla Ukrainy. Autor uważa, że zachodnie wskaźniki PKB są „fikcyjne”, ponieważ obejmują nadmuchane usługi (np. prawników, doradców), podczas gdy realna baza przemysłowa została przeniesiona do Azji. Wskazuje na braki w edukacji inżynieryjnej w USA i Wielkiej Brytanii w porównaniu z Rosją.

USA zatem przestały być państwem narodowym, przekształcając się w strukturę rządzoną przez grupę pozbawioną kultury, z gospodarką opartą na „fikcyjnym” PKB. Todd powiada: „…amerykański organizm państwowy (…) cierpi mimowolnie na tę samą chorobę, co [Europa]: zanik wspólnej kultury narodowej, podzielanej przez masy i klasy rządzące. (…) powstało imperium pozbawione centrum i celu, w istocie – organizm militarny, kierowany przez grupę pozbawioną kultury”. „…pokażę, jak dalece fikcyjny charakter ma ich PKB, obejmujący aktywności, co do których nie wiadomo, czy należy je uznać za bezużyteczne, czy też za nierzeczywiste”. (TODD 2024: 31, 49)

3. Rosja jako stabilne państwo narodowe

W przeciwieństwie do obrazu medialnego, Todd opisuje Rosję jako kraj, który po chaosie lat 90. odzyskał stabilność społeczną i gospodarczą. Twierdzi, że Rosja stała się konserwatywnym państwem narodowym, które nie dąży do podboju świata (z braku zasobów demograficznych), ale walczy o swoje bezpieczeństwo na granicach. Według autora, rosyjska gospodarka okazała się odporna na sankcje, co było wielkim zaskoczeniem dla Zachodu.

Wbrew zachodnim oczekiwaniom, Rosja pod rządami Putina odzyskała stabilność społeczną (spadek wskaźników zabójstw, samobójstw i śmiertelności niemowląt) oraz odporność gospodarczą na sankcje. Todd zauważa, że Rosja kształci znacznie więcej inżynierów niż USA, co daje jej przewagę w produkcji uzbrojenia. Todd wskazuje: „Roczna śmiertelność niemowląt zmniejszyła się z 19 na 1000 żywo urodzonych dzieci w 2000 roku do 4,4 w roku 2020 – poniżej poziomu notowanego w Stanach Zjednoczonych, wynoszącego 5,4 na 1000”. „Mimo takich różnic w wielkości populacji Rosja jest w stanie kształcić znacznie więcej inżynierów niż Stany Zjednoczone. (…) pozwoliło nam to zrozumieć, w jaki sposób rosyjski Dawid zdołał stawić czoła amerykańskiemu Goliatowi na płaszczyźnie przemysłowej i technologicznej”. (TODD 2024: 40, 51)

4. Izolacja Zachodu wobec „Reszty Świata”

Autor zauważa, że większość krajów poza kręgiem NATO i jego sojuszników (tzw. Globalne Południe) nie poparła sankcji przeciwko Rosji. Todd uważa, że konserwatyzm obyczajowy Rosji jest postrzegany przez kraje muzułmańskie, Indie czy Chiny jako bardziej zrozumiały i stabilny niż liberalny nihilizm Zachodu.

Rosyjski konserwatyzm obyczajowy stał się nową formą „miękkiej siły” przyciągającą państwa patrylinearne i tradycjonalistyczne. Todd zauważa: „Ironia Historii polega na tym, że Rosjanie (…) stali się militarną tarczą dla Reszty świata, ponieważ Zachód odmówił im miejsca we własnym gronie po upadku komunizmu”. „Zachód wyobraża sobie, że kolejne coraz surowsze ustawy (…) przeciwko LGBT, dowodzą światu, że Rosja jest „zła”. (…) Rosja doskonale wie, że jej homofobiczna i antytranspłciowa polityka nie tyle zraża inne kraje, co zjednuje wiele z nich”. (TODD 2024: 12, 290)

5. „Samobójstwo” Europy i rola Polski

Todd krytykuje Europę (zwłaszcza Niemcy i Francję) za utratę autonomii i całkowite podporządkowanie się interesom USA. Kraje europejskie utraciły autonomię polityczną i stały się wasalami USA, działając na własną szkodę (np. poprzez odcięcie się od taniej rosyjskiej energii). Todd określa Niemcy mianem „narodu bezwładnego”, który zrezygnował z mocarstwowości i dążenia do suwerenności. Todd zauważa: „Podział gospodarczy kontynentu europejskiego był aktem samobójczego szaleństwa. Niemiecka gospodarka pogrąża się w stagnacji. Na całym Zachodzie nasilają się bieda i nierówności społeczne”. „Niemcy przestały być narodem aktywnym, lecz równocześnie zaczęły zyskiwać coraz większą siłę w Europie jako naród bezwładny”. (TODD 2024: 13, 157)

Polska jest opisywana przez Todda jako główny agent Waszyngtonu w Unii Europejskiej, który wraz z Wielką Brytanią i Ukrainą tworzy nową oś militarną, wypychając tradycyjny duet parysko-berliński. Todd uważa, że Polska wykazuje się „irracjonalną rusofobią”, a obecne zbliżenie polsko-ukraińskie uznaje za historycznie kruche ze względu na dawne konflikty.

6. Nieunikniona porażka

Todd postrzega opór Ukrainy jako syntezę neoliberalizmu i nihilizmu, gdzie wojna stała się jedynym sensem istnienia dla państwa znajdującego się w stanie zaawansowanego rozkładu demograficznego i społecznego.

Zdaniem Todda wojna na Ukrainie stała się dla USA pułapką, ponieważ ich globalna dominacja zależy od sukcesu w konflikcie, którego nie mogą wygrać przemysłowo: „…rezygnacja z życia na kredyt, na jakie pozwala produkcja dolarów, jest niemożliwa. Taki imperialno-monetarny odwrót spowodowałby gwałtowny spadek poziomu życia”. „Efemeryczne sukcesy militarne ukraińskiego nacjonalizmu wciągnęły Stany Zjednoczone w spiralę eskalacji, z której nie mogą się wycofać pod groźbą poniesienia porażki – już nie tylko lokalnej, lecz także globalnej: militarnej, gospodarczej i ideologicznej”. (TODD 2024: 13, 320)

Todd twierdzi, że wojna na Ukrainie ujawniła wewnętrzny rozkład Zachodu. Porażka nie będzie wynikać z siły militarnej Rosji, ale z implozji systemu zachodniego, który stracił kontakt z rzeczywistością przemysłową i społeczną. Według autora, świat zmierza w stronę wielobiegunowości, w której USA nie będą już w stanie dyktować warunków.

Źródło zdjęcia: https://elpais.com/babelia/2024-12-20/la-derrota-de-occidente-de-emmanuel-todd-la-deriva-nihilista-de-una-sociedad-sin-cosmovision-religiosa.html