W każdym żarcie jest trochę smutnej prawdy.
Nie uważam się za znawcę kultury współczesnego Izraela. Niemniej jednak to, co rzuciło mi się w oczy podczas moich podróży po tym kraju — zarówno w małych miejscowościach, jak i w dużych miastach — to swoista, napięta, podskórna atmosfera. Coś, co nieustannie wisiało w powietrzu: coś złowrogiego, grożącego, na wskroś wojennego. Miałem wrażenie, że wystarczy niewielka iskra, aby wszystko eksplodowało.
Czułem się poznawczo skonfundowany. Pamiętam, jak siedziałem w niewielkim barze, do którego nagle – nie tyle gwałtownie, co bardzo energicznie – wszedł mężczyzna ubrany po cywilnemu, z karabinem przewieszonym przez ramię, który jednocześnie podtrzymywał ręką. Przyznam, że nie wiedziałem, czy przyszedł po kebab, czy żeby dokonać zamach. Takich sytuacji było więcej. Prawdopodobnie to był policjant w cywilnym ubraniu.
Miałem poczucie, jakby rzeczywistość mnie rozrywała. Chwilami odczuwałem radość, delektując się nowymi miejscami, a chwilami ogarniało mnie przerażenie, bo nie wiedziałem, co zaraz się wydarzyć.
To wszystko działo się jednak lata temu. Ostatni raz byłem tam w 2016 lub 2017 roku – czyli jakieś 10 lat temu. Nie wiem, jak jest dziś — niedługo planuję tam wrócić. Przypuszczam jednak, że wydarzenia ostatnich miesięcy nie pozostaną bez wpływu na kondycję izraelskiego społeczeństwa. Już wtedy było bardzo „wojennie”. Teraz może być jeszcze intensywniej.
Słyszę i czytam w mediach o możliwym rozejmie, o nadziei na pokój. I dobrze — każda próba zakończenia przemocy jest cenna. Jednak, parafrazując tytuł jednego z esejów Erich Fromm, nastanie pokój, ale wojna pozostanie w człowieku. Nie jest tak, że można przez miesiące czy lata żyć w rzeczywistości przemocy, mobilizacji i nieustannego napięcia, a następnie — z dnia na dzień — powrócić do pokojowych postaw tylko dlatego, że formalnie ogłoszono pokój.
Myślę, że potrzeba wielu lat, aby mogło się tam pojawić coś na kształt trwałego spokoju — o ile w ogóle jest to możliwe.
W tym sensie prawda o tym, co się wydarzyło i co może się wydarzyć w najbliższych latach, wydaje mi się gorzka. Przywodzi mi na myśl pewien prowokacyjny skecz, który niemal czterdzieści lat po zakończeniu II wojny światowej przygotował niemiecki komik, Johnny Burkhart – skecz załączam do obejrzenia – dla Polaka powinien być zrozumiały nawet bez tłumaczenia. Mimo upływu czasu publiczność zareagowała w sposób niemal automatyczny — jakby uruchomiła się pamięć zbiorowa ukształtowana w realiach nazizmu. Co istotne, część obecnych na sali osób była w czasie wojny dziećmi albo jeszcze się nie urodziła. A jednak pewne schematy reakcji okazały się trwalsze niż jednostkowe doświadczenie.
Johnny Buchardt podczas karnawału w Kolonii w 1973 roku przeprowadził prowokacyjny „test” na publiczności, który obnażył siłę „odruchów warunkowych” z czasów nazistowskich.
Na czym polegał ten „żart”? Buchardt zaczął zabawę z publicznością w tzw. „zawołania i odpowiedzi”, budując szybki rytm, w którym tłum odpowiadał bez zastanowienia, spontanicznie:
Jonny Buchardt: „Zicke zacke, zicke zacke!”
Publiczność: „Hoi, hoi, hoi!”
Jonny Buchardt: „Zicke zacke, zicke zacke!”
Publiczność: „Hoi, hoi, hoi!”
Jonny Buchardt: „Hip hip!”
Publiczność: „Hurra!”
Jonny Buchardt: „Hip hip!”
Publiczność: „Hurra!”
Jonny Buchardt: „Sieg…”
Część publiczności: „Heil!”
W tym momencie następuje długa pauza, słychać nerwowy śmiech i poruszenie na Sali, konsternację.
Jonny Buchardt: „Das darf doch nicht wahr sein! Was? So viele alte Kameraden heute Abend hier?” („To nie może być prawda! Co? Tak wielu starych towarzyszy dziś wieczorem tutaj?”)
Obawiam się, że coś podobnego — być może w jeszcze bardziej złożonej formie — może wydarzyć się również w Izraelu.
Dostrzegam bolesną ironię tej sytuacji: naród, który doświadczał ogromnego cierpienia jako ofiara, dziś upodabnia się do dawnego oprawcy.
Grafika: AI