
Jeszcze do niedawna jakiekolwiek zachowanie Donalda Trumpa, każda jego decyzja budziły nie tylko strach, zamęt i panikę — zwłaszcza w europejskich elitach politycznych — lecz przede wszystkim powodowały wręcz służalcze i nadgorliwe posłuszeństwo jego woli.
Ostatnie jednak symboliczne porażki, takie jak decyzja Chin, które postawiły się USA w sprawie ceł i zignorowały groźby prezydenta, postawa Iranu, który absolutnie nic sobie nie robi z amerykańskich gróźb i stawia się militarnie wobec potencjału USA, a także sama niesłowność, jeśli można się tak wyrazić, Donalda Trumpa — czyli rzucanie groźb bez pokrycia — spowodowały utratę autorytetu Stanów Zjednoczonych.
Nie chodzi tu jednak o autorytet w sensie moralnej presji, lecz o realny strach, który dotychczas wymuszał posłuszeństwo wobec decyzji USA. Bariera strachu pękła. Decyzje rządów Hiszpanii, Francji i Włoch, które odmówiły zgody na przeloty i międzylądowania sił amerykańskich, są jedynie echem tych wcześniejszych wydarzeń.
Największym problemem, z którym będzie musiał zmierzyć się prezydent Trump, nie jest sama porażka militarna w Iraku, lecz fakt, że wola Stanów Zjednoczonych nie będzie już brana poważnie. Strach przed Amerykanami przestał funkcjonować jako narzędzie polityczne. W efekcie wszystkie cele, które wcześniej można było osiągnąć dzięki współpracy i sojuszniczym negocjacjom, teraz będą wymagały płacenia wysokiej ceny lub w ogóle nie zostaną osiągnięte.
Ten proces może prowadzić do paraliżu amerykańskiej dyplomacji. Do europejskich, a w szerszym ujęciu także światowych elit politycznych dociera jedna prawda: „Amerykanie, jeśli nie zgodzimy się na wasze żądania, to co nam zrobicie? Czy użyjecie wobec nas bomby atomowej? Czy zrzucicie broń na cały świat?”.
Okazuje się, że nawet broń atomowa nie jest już wystarczającym narzędziem do wymuszenia posłuszeństwa, a samodzielna polityka ekonomiczna i militarna innych państw skutecznie podważa dawny autorytet USA.
Ten proces będzie postępował niczym efekt domina. Czy można go zatrzymać? Na pewno. Ale czy uda się to Trumpowi? Wydaje się to wątpliwe. Nie dlatego, że jest to niemożliwe, lecz dlatego, że prezydentowi brakuje fachowych doradców. Otoczył się ludźmi, których potocznie nazywa się lizusami — mówią mu to, co chce usłyszeć, ale niekoniecznie przekłada się to na realną sprawczość Stanów Zjednoczonych w świecie. A najprawdopodobniej już przestało się na nią przekładać.