
Chyba we wszystkich mediach słychać dziś dyskusję na temat tego, czy Stany Zjednoczone przeprowadzą atak lądowy, a jeśli tak – to gdzie. Mówi się o kilku możliwych scenariuszach. W rzeczywistości jednak nikt nie wie, co wydarzy się w najbliższych dniach: czy Amerykanie zaatakują, gdzie i w jaki sposób.
Ale w pewnym sensie nie ma to decydującego znaczenia. Kluczowe będzie coś innego. Jeśli Donald Trump rzeczywiście chciałby wycofać się z konfliktu w Iranie „z twarzą”, potrzebuje przede wszystkim zwycięstwa symbolicznego. Nie musi to być działanie spektakularne ani na dużą skalę taktyczną – wystarczy, że będzie wiarygodne i czytelne politycznie. Innymi słowy, skala potencjalnego ataku jest tutaj wtórna: nie musi być duża, by osiągnąć efekt, który można nazwać symbolicznym zwycięstwem.
Jeżeli jednak Trump zdecydowałby się na działanie wykraczające poza tę logikę symboliki – na przykład na duży atak lądowy – wówczas istnieje poważne ryzyko ugrzęźnięcia w Iranie i ostatecznej porażki. Taki scenariusz wiązałby się z realnymi stratami, najprawdopodobniej znacznymi stratami wśród amerykańskich żołnierzy. A nie można rozpocząć operacji, ponieść strat i po prostu się wycofać, uznając sprawę za zakończoną. To uruchamia inną dynamikę – dynamikę odwetu. Za jednym atakiem idzie kolejny, potem następny, aż powstaje łańcuch decyzji i konsekwencji przypominający wciągające „pustynne bagno”, z którego coraz trudniej będzie się wydobyć.
W takim scenariuszu konflikt zaczyna przypominać sytuacje znane z przeszłości – długotrwałe zaangażowanie w warunki, których nie da się w pełni kontrolować. Iran jest państwem większym niż Afganistan i Irak – zarówno pod względem terytorium, jak i potencjału. Nawet gdyby udało się opanować część jego obszaru, nie wyeliminowałoby to wojny partyzanckiej, która – jak pokazuje historia – bywa dla okupanta równie, a czasem bardziej wyniszczająca niż otwarta konfrontacja.
Nawet jeśli po latach doszłoby do wycofania, podobnie jak w Afganistanie, byłoby ono odczytywane jako porażka. W moim odczuciu jednak tak długi scenariusz jest mało prawdopodobny – bardziej realna wydaje się szybka eskalacja trudności i konieczność wycofania się pod presją wydarzeń.
Konsekwencje takiej sytuacji mogłyby być poważne. W wymiarze symbolicznym oznaczałoby to osłabienie pozycji Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, a w wymiarze realnym – ograniczenie ich wpływów w regionie. To z kolei mogłoby doprowadzić do stopniowego przeorientowania się państw regionu i zmiany układu sił.
Nie można też wykluczyć, że pośrednio wpłynęłoby to na sytuację Izraela. Nawet bez bezpośredniego ataku ze strony innych państw, sama zmiana percepcji – przekonanie, że wsparcie USA nie jest już tak pewne – mogłaby zachęcić różne podmioty do testowania jego pozycji, choćby poprzez działania pośrednie czy wsparcie dla aktorów nieregularnych.
To, jakie byłyby dalsze konsekwencje, trudno dziś jednoznacznie przewidzieć. Wiele zależy od konkretnych decyzji politycznych i ich skali. Kluczowe pozostaje pytanie: czy działania pozostaną w ramach ograniczonej demonstracji siły, czy też przekroczą próg, po którym zaczyna się niekontrolowana eskalacja.
Niezależnie jednak od tego, czy dojdzie do ataku lądowego, czy nie, można odnieść wrażenie, że pewien proces już się rozpoczął – proces stopniowego osłabiania zaufania do Stanów Zjednoczonych jako przewidywalnego partnera. Jednym z momentów, które mogły go zainicjować, była deklaracja dotycząca możliwości przejęcia Grenlandii siłą. Już sama jej artykulacja sprawiła, że wśród sojuszników pojawiły się pytania o granice amerykańskiej polityki.
Może to prowadzić do powolnego, ale systematycznego zwiększania dystansu między USA a Europą. Nie musi to oznaczać gwałtownego rozpadu sojuszy, ale raczej ich stopniowe rozluźnianie: większą ostrożność, dywersyfikację współpracy i ograniczanie zależności w obszarach strategicznych, takich jak obronność.
Ostatecznie więc kluczowe pozostaje nie tylko to, czy dojdzie do ataku, ale przede wszystkim – jaka będzie jego skala, logika i zdolność do kontrolowania jego konsekwencji. To właśnie te elementy zdecydują o dalszym przebiegu wydarzeń.
W moim odczuciu ciąg decyzji Donalda Trumpa, którego początek wiążę z jego deklaracjami dotyczącymi Grenlandii, uruchomił pewien ruch – swoisty dryf polityczny, którego zatrzymanie może okazać się bardzo trudne. Nawet jeśli udałoby się osiągnąć symboliczne zwycięstwo w Iranie – co, moim zdaniem, wcale nie jest przesądzone, a wręcz wydaje się mało prawdopodobne – rozpoczął się proces słabnięcia pozycji USA, przynajmniej w obrębie sojuszu północnoatlantyckiego. Nie można też wykluczyć, że jego konsekwencje sięgną szerzej, wpływając na globalną pozycję Stanów Zjednoczonych i Izraela. Nie będzie to proces gwałtowny ani jednorazowy, lecz raczej długotrwały i stopniowy, rozwijający się powoli, ale konsekwentnie.
Grafika: AI